czwartek, 25 września 2014

Miejski pro-life czyli ożywianie genius loci

Stałam pod kamienicą na Smolnej z zadartą głową i słuchałam oniemiała zjawiskowej dziewczyny z burzą czarnych włosów śpiewającej fascynującym niskim, czarnym głosem najprawdziwszego czarnego bluesa. To Magda Piskorska i jej zespół grał koncert bez biletów. Rzecz działa się na balkonie salonu znakomitego animatora życia społecznego – Jarka Chołodeckiego. Tego wieczoru artyści dali nam wiele innych prezentów: w każdej prawie knajpce lub przed nią na Smolnej, Chmielnej, Nowym Świecie i Foksal działo się coś muzycznego, a były to dźwięki pierwszego sortu, choć może nie najłatwiejsze. A jednak, dzieki okolicznościom stawały się bliskie nawet niezbyt wyrafinowanym słuchaczom. Raz w roku Jarek przekształca kawałek Warszawy w Nowy Orlean, budząc w ludziach tęsknotę za uliczna wspólnotą. I nie jest w tych wysiłkach sam. Aktywistów miejskich jest wielu, stanowią coraz realniejszą siłę.

W ramach moich superwizyjnych peregrynacji uczestniczyłam kilka razy jako obserwator w warsztatach dla formalnych i nieformalnych stowarzyszeń ludzi zajmujących się animacją życia miejskiego. I stwierdzam: mamy skarb narodowy. Jestem pod wrażeniem ich mądrości, zapału i głębi. Być miejskim aktywistą to styl życia, często też sposób zarabiania. Daje on ogromne dodatkowe profity: poczucie przynależności do fajnej grupy, rozwój, naukę, satysfakcje z widocznych efektów. Być aktywistą miejskim to pomysł na życie oparty na rozumieniu związku między sobą a otoczeniem. Tworząc te swoje miejskie ojczyzny, budują świadomą, aktywną przynależność. To sfea, w której na pewno poczyniliśmy postępy. Nabraliśmy na przykład jasności, że nalezymy do przyrody. Spora część z nas czuje wyraźnie związek między kondycją lasu a stanem własnego ciała i ducha. Taka świadomość nie objeła jednak miasta, bo przyroda uważana jest za zdrową, a miasto za "chorobliwe". Ekologia miasta jest jednak bardzo wymagająca. Nie chodzi w niej bowiem, jak w przypadku lasu, o unikanie niszczenia, ale o organiczne tworzenie – społeczności, przestrzeni, stylu życia. To ekologia kreatywna. 

Jeszcze 10 lat temu do Warszawy przyjeżdżało mnóstwo ludzi, którzy jej nie lubili. Czuli się wyobcowani, zmuszani do nadmiernego wysiłku i tempa. Wykańcza mnie, jest bezduszna – mówili. Bo w mieście, w którym nie ma tego „czegoś”, ludzie stają się smutni i gorsi niż by mogli. Już od dawna miałam szczerze dość takich narzekań, choć je rozumiałam. To błędne koło, bo przecież smutne miasto to nic innego jak przygnębieni, wykorzenieni mieszkańcy. Jeśli ci, co tu żyli, traktowali miasto jako wrogie, to czuli się jak jego ofiary i w rezultacie chowali się w swojej skorupie lub atakowali wszystkich dookoła. Wielu mieszkanców Warszawy zachowywało sie jak sieroty, które co prawda umieją dbać same o siebie, ale marzą tylko o tym, by ktoś zdjął im kawałek ciężaru z pleców. Jednak gdy to marzenie się ziszczało i w anonimowym tłumie znajdowały się osoby wyciągajace pomocne dłonie, to, z obawy przed przeżyciem zawodu, choć potrzebujacy, to nie chcieli tego widzieć. Na warsztatach, które obserwowałam, sporo rozmawiano o takim męczącym, budzącym bezradność tańcu. Trzeba sporej odwagi, determinacji i świadomości, by umieć przerwać to kręcenie się w kółko i robić swoje. Miasto to dom dla wielu ludzi. Nie chodzi tylko o to, by był on czysty i bezpieczny, lecz aby były żywy, inspirował i dawał nam szanse, byśmy poczuli się za niego odpowiedzialni. 

Urok Warszawy jest nieoczywisty, ale jej genius loci potężne. Te duchy władające miejscem sprawiają, że dana przestrzeń staje sie jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną. Warszawa, choć zniszczona w czasie wojny, jest przez nie gęsto... hm, jak to powiedzieć...zaludniona. I jak to duchy, mogą nas wesprzeć, ale trzeba dawać im pożywkę. Jest nią działanie gromadzące ludzi wokół ważnej sprawy, akcja z polotem, zaangazowanie. I konsekwencja w rozwijaniu stylu, nawet jeśli jest on trochę abnegacki. I zauroczenie, jak u T. Love „Gdy patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje, to kocham to miasto, zmęczone jak ja, gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje, gdzie wiosna spaliną oddycha….”.

Dbałość o metropolie wymaga wyczucia trendów i potrzeb społecznych. Przeszkadza jej natomiast nadmiar planowania przy niedoborze empatii. Aktywiści czują styl, po prostu. Styl jest kluczem do odnowy społecznej miasta. Jeśli idzie o Warszawę, to cenię styl lekki, dowcipny, przeciwwagę dla udziwnionych dachów Złotych Tarasów i nadętej Światyni Opatrzności. Moje miasto potrzebuje wdzięku,  który zwalniałby ludzi z przymusu stania cały czas na baczność, nawet w kolejce po chlebek i wino. W zakresie małej architektury nie może być to model a’la Praktyczny Blat z Lastryko w Toalecie Publicznej. Jak można było na przykład zamienić uroczy dotleniacz Joanny Rajkowskiej na Placu Grzybowskim w obłożoną szarymi płytami pustynię? Teraz ponure i gniewne wycieczki młodych Izraelczyków wędrujące z Auschwitz do synagogi Nożyków mają jeszcze dodatkową atrakcję – coś jak odlew rampy w miejsce bezpretensjonalnego jeziorka dającego wytchnienie. Duszenie życia miejskiego i budowanie miasta bez życia to pokusa wielu władz. Ale tą drogą dojdziemy najwyżej do Bukaresztu (kto był, to wie, o czym mówię).

Pomimo takich wpadek władz, pomimo nacisków, aby sprzedawać deweloperom tereny nad Wisłą, pomimo ciągłych pretensji mieszkańców, że klienci knajpek hałasują, okropnych ogrodzonych osiedli, panoszenia się banków i stonek-biedronek w każdym wolnym lokalu na placach, które ze swej istoty powinny przecież służyć ludziom do spotkań, pomimo tych wszystkich chorób społecznych miasta – czy poczuliście Warszawę latem? Czy odwiedziliście jej kluby nad Wisłą, plaże, praskie enklawy kultury, wypożyczalnie rowerów? Uczestniczyliście w wyprawach śladami żydowskiej Warszawy? Widzieliście Centrum Kopernika i Festiwal Nauki, całonocne pokazy astronomiczne i odjechaną muzykę na trawniku przed szacownym muzeum? Pragę i Ząbkowską, w której hipsterskie knajpy odwiedzane są również przez lokalnych „specjalistów” i gdzie cała ta międzykulturowość jakoś ładnie skleja? Wyluzowanych ludzi zajmujących setki stolików na Poznańskiej, Emilii Plater, Placu Zbawiciela? Byliście na rodzinnych koncertach w Forcie Sokolnickiego i widzieliście kelnerów restauracji pod szklanym dachem noszących z fasonem godnym przedwojennego Bristolu tacę na trzech palcach, na których balansuje miska zupki dla dziecka? Nasza stolica stała się cudowna. Kiedyś nie sądziłam, że to powiem, ale to wspaniałe miasto. Moje rodzinne city jest trudne, trochę dzikie, nieoswojona, nieoczywiste. Jak Paryż przed 200 laty, gdy wzgórza Montmartre były wiochą i to niezbyt bezpieczną. Warszawa nie ma, jak większość stolic, żywej starówki, poza koncertami na rynku latem. Tam, gdzie walą turyści, jest drogo i dość tandetnie, jednorazowo. Co innego podzamcze… Aktywiści miejscy i młodzi biznesmeni w stylu alternatywnym objęli w posiadanie tylko te miejsca, gdzie nie było wielkich ambicji. Wyszukali luki w pazerności i biurokracji. Wynajdowali miejsca przyciagające, ale nieoczywiste, mające swą historię plebejska, artystyczna, robotnicza, żydowską. 

Pamiętam, gdy w czasach mojej dość burzliwej socjalistycznej młodości wsiadało się do taksówki i mówiło „na plac”. Wiadomo, jaki plac, ten pod troskliwym, choć cierpiącym patronem. Oczywistym było również, że taksi ma poczekać, aż otworzą okienko i poprzez kraty wydadzą nam napój lub sfinalizujemy transakcję u gościa z dużą torbą stojącego na rogu. Teraz Plac Zbawiciela, ta dawna mityczna melina Warszawy, stanowi centrum życia kawiarnianego nie najbiedniejszych, ale też nie najbardziej zapracowanych młodych zdolniachów trzymających kciuki o zycięstwo tęczy nad barbarzyństwem. Historia, nie tylko ta martyrologiczna, zaczyna na nowo przeświecać przez MDM-owską pustkę. Podejrzane ogródki piwne nad Wisłą straciły zapach moczu, a za to nieco przeszły Calvinem Kleinem. Słynny trójkąt bermudzki na tyłach Polonii dalej niesie radość amatorom romansów bez zobowiązań innych niż finansowe, ale za to w przerwach można gdzieś usiaść i napić się kawy, czyli jednak zrobiło się romantycznie, prawie jak na placu Pigalle. 

Niedawno ktoś opowiadał mi, że siedząc w lokalu z wyszynkiem na Ząbkowskiej słuchał koncertu pieśni wszelkiej w wykonaniu warszawskiej kapeli składającej się z solisty i kilku wiekowych muzyków dosłownie przygniecionych przez masywne instrumenty. Niewielkie rozmiary leciwych grajków nie przeszkadzały im w pełnym zapału graniu, więc podochoceniu goście wleźli na stoły i zaczęli tańczyć polki, co było groźne dla nich samych i sprzętów, lecz obiektywnie urocze. Bufetowa też dzielnie odegrała swą rolę tłukąc artystów ścierką w celu ostudzenia zapałów. Obrażony solista opuścił lokal i „parfumował się” na zewnątrz, natomiast zawiedzeni goście podnieśli raban w ramach protestu. W końcu właściciel wyszedł przebłagać muzyków i koncert kontynuowano już na kilkadziesiąt głosów. To nowoczesna warszawska knajpa, ale jakbym była u mojej prababci na Powiślu, gdzie gwara rodem z Wiecha wcale nie był żartem. Jak powiedział bowiem poeta Lechoń, tylko Wiech, jako pisarz pierwszej klasy, potrafi opisać pijaństwo i mordobicie tysiąc razy, za każdym inaczej. Kto Stanisława Wiecheckiego nie czytał, to polecam go jako lekcję wielkomiejskiego, lecz lokalnego czaru. Miasto, czyli my, musimy dbać o swą legendę, o bardów, o pamięć realnej przeszłości budynków, na przykład o świadomość, że wytwórnia wódek Koneser to naprawdę była fabryka wyrobów pierwszej potrzeby a nie figura stylistyczna. 






Dwa lub trzy lata temu w Klubie Trójki gościł Richard Pipes – amerykański historyk, sowietolog polskiego i żydowskiego pochodzenia. Wieczór, jadę samochodem i nagle pada to stwierdzenie, dla mnie do dzisiaj kluczowe: istotą homo sovieticus jest to, że ma on tylko dwa kręgi przynależności: jeden to rodzina i najbliżsi przyjaciele, sąsiedzi, drugi  to państwo lub państwowe ewentualnie oligarchiczne koncerny. Nic po środku. Żadnej aktywności w niezależnych firmach, we własnej działalności, organizacjach pozarządowych, integracji społeczności lokalnej, sieci społecznych. Tylko car (obecnie prezydent, oligarcha) oraz, dla równowagi, ojciec rodzony. Jakże groźnie to brzmi teraz, gdy Putinowi udało się bez większego wysiłku zrobić wodę z mózgu całemu marzącemu o Wielkiej Rosji narodowi (narodowi?) i wysłać ich na ukrainska awanturę. Być może to wynik takiej wschodniej mentalności, ale też trochę świadoma polityka władz zmierzająca do wyniszczenia pewnego typu relacji. Jakich? Są więzi naturalne, rodzinne, etniczne, więzi stanowione czyli narzucone przez państwo oraz więzi zrzeszeniowe, czyli powstające na zasadzie dobrowolnie kreowanych związków mających na celu zmianę rzeczywistości społecznej, dbałość o nią (za prof. P.Rybickim) Brak tego trzeciego elementu powoduje,  że nie możemy pozbyć się mentalności homo sovieticus, potrzeby posiadania nad sobą cara, który w zamian za oddanie mu życia "zadba o nas". Podstawowe mechanizmem kreujące homo sovieticus są w zasadzie dwa: intrygowanie i budzenie wzajemnej nieufności oraz deprecjonowanie partnerstwa. Razem sprawiają, że nie potrafimy niczego pomiędzy carem a rodziną stworzyć.

Życie zakwitnie wówczas, gdy wzajemnie zrozumiemy swoje potrzeby. Nie da się zorganizować dobrego festiwalu ignorując pytanie, co faktycznie ludzi bawi. Dopiero jednak działając razem możemy zrozumieć, co mamy do przekazania też pomiędzy słowami. Nowa knajka przyciagnie gości, jeśli... jej bywalcy będą czuli się swobodnie.  Dobre miejsca powstają w dialogu, w wymianie, są współtworzone. Ten proces obrazuje uznana już metodyka wyznaczania chodników w osiedlach. Jak je wytyczyć, by ludzie nie deptali trawy? Poczekać, aż ludzie sami wydeptają szlaki, a potem dopiero położyć na tych trasach chodniki. Jest to metodyka organiczna, krok po kroku,  Gdzie otworzyć kawiarnię? Tam, gdzie ludzie lubią siedzieć na schodkach. W wyszukiwaniu szans na „zasianie życia” dobre są dzieci. Fundacja młodych architektów i urbanistów z Katowic prowadzi dla dzieciaków i dorosłych mieszkańców wycieczki i warsztaty, z których uczą się wszystkie strony, ponieważ „… dzieci wiedzą o mieście więcej, bo chodzą na piechotę”. Dzieci patrzą na świat jako na zbiór szans, a nie listę niedostatków. W tym sensie aktywiści na szczęście mającoś z dziecka, są poszukiwaczami szans.

A zatem, obdarzmy aktywistów miejskich zaufaniem i doceńmy ich. Wiele z ich stowarzyszeń to dojrzałe organizacje o nowoczesnym, sieciowym modelu mogącym stanowić dobry wzór dla biznesu. Niektóre profesjonalizują się, inne są spontanicznymi, nieco anarchistycznymi ruchami. Dzięki nim wiele naszych miast wreszcie zaczyna mieć wyczuwalnym rytm, specyfikę, dostępność. To oni są prawdziwym ruchem pro-life. Brońmy każdej szansy na narodzenie sie życia miejskiego! I kochajmy kolejne wcielnia genius loci...

środa, 10 września 2014

Sztuka użytkowa czyli wartości w codziennej pracy


Siedziałam bezradnie nad wielką płachtą pełną rubryczek i próbowałam zrozumieć, co trapi moją klientkę.
– O Boże – jęczała. W jaki sposób w pracy konsultantki ma przejawiać sie wartość "samodzielność i odpowiedzialność" na trzecim poziomie, skoro drugi to „sama inicjuje kontakt z klientem”. Ona już nic więcej nie może! A jak z kolei zmniejszę poziom drugi u konsultantki, to wyjdzie za duża różnica między nią, a menedżerem. Pójdę zapytać szefowej, jak wymyśliła, to nich się z tym  męczy.
– A muszą być trzy poziomy? – spytałam nieśmiało
– Tak, bo mamy decyzję o trzystopniowej skali ocen przestrzegania wartości firmowych i muszą być wskaźniki dla każdego.
– A co z tego ma wynikać dla pracowników?
– Premie i inne niefinansowe gratyfikacje, no wiesz, takie tam. Ale czy możesz mi pomóc? – Nie mogłam, bo nie rozumiałam sensu tego, co robiła.

Program wdrażania wartości był oczkiem w głowie prezesa. Martwił się, że ludzie są niesamodzielni i marnie współpracują. Dał tematowi zielone światło, ale był człowiekiem konkretnym i potrzebował namacalnych wskaźników zmiany. Najlepiej jakiegoś badania. Teraz cały HR konstruował wskaźniki. Dla 30 stanowisk, metodycznie, żeby nikt nie miał wątpliwości, co oznacza samodzielność. Gdzieś w tym działaniu pobrzmiewał inżynier Taylor, XIX- wieczny twórca dominującej do dziś koncepcji organizacji pracy i jego duch technokracji. Jednak wszyscy byli tak zaaferowani tworzeniem systemu, że tego nie zauważali. Istotne stało się nie tyle wprowadzenie w życie wartości, co skończenie tego dzieła – zbudowanie systemu. I wtedy przypomniałam sobie, co powiedział w tej kwestii ks. Tichner. Zauważył on lapidarnie, że „Wartość to jest to, co jest ważne”. I kiedy zapytałam mojej klientki, co w tej chwili jest dla niej kluczowe, odpowiedziała: żeby już to skończyć, bo wychodzi fajnie.  I wtedy pomyślałam: wdrażanie wartości nie powinno być sztuką dla sztuki, lecz raczej sztuką użytkową.




Kiedy byłam ostatnio u mojej przyjaciółki, malarki, zobaczyłam, że na sztalugach ma wyłącznie ikony. Wcześniej malowała cudowne pejzaże przesycone duchowością i prostotą. Zaniepokoiłam się i spytałam, co się stało, a ona na to, że ludzie wolą ikony, bo są bliżej ich życia, łatwiej im zobaczyć w tym ducha. Mojej przyjaciólce nie było żal tych pejzaży, bo naczelną wartością było dla niej dawanie ludziom tego, co pomoże im w życiu, również tym duchowym. Nie chciała, aby jej obrazy były jakkolwiek oderwane od codziennych zwyczajów tych, którzy je kupią. Teraz przynajmniej wie, że choć raz dziennie, przy pacierzu, skupią się na nich. Tej wspaniałej malarki nie interesowała sztuka wysoka, oderwana od realiów, ale bycie towarzyszem w zwyczajności.

Praca nad wartościami to odwoływanie się do najbardziej podstawowej motywacji ludzi. Odkrywanie tego, co faktycznie jest dla nich istotne. Sprawdzanie, czy i w jaki sposób ich wartości wpływają na działanie firmy, która jest nie tylko biznesem, ale też społecznością. Wartości wypełniają codzienność, a przede wszystkim wiążą ludzi. Widać je w drobnych reakcjach, w niewinnych rytuałach, w sposobie prowadzenia spotkań, załatwiania spraw trudnych, trybie rozstrzygania sporów. Że to idealizm? Nie, to realizm, fakt po prostu. Nie musimy przecież podzielać czyichś wartości, żeby uznać ich wpływ. Nie podoba nam się, że ktoś zrobi wszystko dla pieniędzy? Mnie też nie, ale fakt pozostaje faktem: jego wartością jest posiadanie kasy. Dialog na temat wartości łączy lub dzieli i prawie nigdy nie jest letni. Rozmawiamy o podszewce życia, dzięki której nasz garnitur- sposób działania, leży na nas tak, a nie inaczej. Skoro zaś mowa o sztuce i podszewce, to idealnie pasuje to powiedzenie pewnego pana: „To nie sztuka powiedzieć JESTEM. Sztuką jest BYĆ!” 

Zatem, jak wprowadzać wartości w życie w organizacji? Co działa, co zawodzi?  Przede wszystkim nie należy poprzestawać na zakomunikowaniu wartości, nawet wspólnie uzgodnionych, bo będą tylko pustymi słowami. Jest to banał, lecz banalność ta wcale nie przeszkadza w częstym sięganiu po naiwne metody plakatowo-propagandowe. A tymczasem chcemy zaistnienia wartości jako realnych sił przenikających różne sfery życia firmy. Dopiero w codziennym współdziałaniu wartości krystalizują się, nabierają kształtu. Ujawniają się jako swoisty drogowskaz przy podejmowaniu decyzji, budowaniu strategii. Kierują naszą uwagą, powodują, że zaczynamy widzieć sprawy, które dotychczas ignorowaliśmy. Kształtują normy. Taki proces może zawiązać się tylko w dialogu, nie da rady inaczej. Dlatego program "wdrażania" wartości musi opierać się na wspólnym przyglądaniu sie codzienności i otwartym rozmawianiu o niej. I nie może być oddzielnym, niezintegrowanym projektem. Niestety, bardzo rzadko udaje mi się przekonać zleceniodawców do takiego podejścia .
– Pani chce, abyśmy zmieniali wszystko? – słyszę.
– Ja nie chcę, ale czy wy chcecie, aby po zrealizowanym wielkim wysiłkiem programie, po zrobieniu tego całego hałasu na temat firmowych wartości, wszystko zostało po staremu?
Trudność potęguje fakt, że praca nad wartościami to ze swej natury działanie wspólnotowe. Dla Polski natomiast charakterystyczna jest kultura indywidualistyczna, skoncentrowana na osobistych osiągnięciach jednostki. W rezultacie, w akcie bezradności, chcemy nauczyć ludzi kierowania się dobrem wspólnym adresując apel do nich indywidualnie. Błąd. Nie pomoże tu plakat z napisem „Współpraca”. Pomoże tylko współpraca.

A w zasadzie, po co zajmować się w pracy tymi wartościami? Czy są one wystarczająco ważne? Co możemy zyskać? Och, nic wielkiego, takie tam drobiazgi, które można opisać w kilku zaledwie hasłach:
Zgodność działania z wartościami buduje w ludziach poczucie sensu.
Wartości kierunkują rozwój osób, zespołów i całej organizacji.
W momentach zagubienia, w obliczu trudnej decyzji, są drogowskazem, a nie dekoracją.
Ich wdrażanie jest procesem integrującym wszystkich.
Wartości są istotą kultury firmy i decydują o jej skuteczności.
Słowem: praca nad wartościami to nie jest ozdobnik, to sztuka trafiania w sedno.

poniedziałek, 1 września 2014

Farsa, dramat czy happening.

W urzędzie pracy otrzymano list, który brzmiał:
„Szanowny Panie. Bardzo dziękuję za możliwość uczestniczenia w warsztacie z zakresu poszukiwania pracy. Teraz jeszcze chciałabym wziąć w zajęciach dotyczących znajdowania zatrudnienia, bo z tym mam problem największy. Z poważaniem…”

Mamy mnóstwo szkoleń mających pomóc osobom bezrobotnym w zmianie swej sytuacji życiowej i… nic. W mojej opinii są one wyjątkowo nieskuteczne. Uczestnictwo w tego typu atrakcji spełnia wiele funkcji: jest sposobem na nudę dnia, szansą na wyrwanie się z domu (co akurat wcale nie jest najgorszą motywacją), obowiązkiem związanym z jakimiś oficjalnymi wymaganiami, albo też sposobem na zdobycie papierka. Bywa też pretekstem do odreagowania frustracji a przy okazji udowodnienia rodzinie i opiekunom, że człowiek się stara. Tych, którzy faktycznie nastawiają się na ożywienie kariery zawodowej, często jednak spotyka zawód. Trudno wykrzesać z siebie zapał w gronie zgoła nie zapalonym. Nic też nie pomoże ćwiczona namiętnie umiejętność autoprezentacji i pisania CV w regionie, gdzie nie ma przed kim pochwalić się tą umiejętnością. 

I tym razem większość uczestników obserwowanego przez mnie warsztatu służącego ożwianiu kariery stanowili świeżo upieczeni studenci, którzy dotąd nie odnaleźli się w dorosłym życiu. Kilka osób reprezentowało grupę trwale bezrobotnych, z tym, że część z nich pracowała „na czarno”, o czym bez żenady mówiła. Jeden pan i jedna pani ok. 60-tki po prostu lubili chodzić na warsztaty, a ścieżki już nie planowali. Ponieważ warsztat był dotowany z UE, towarzystwo było typowe jak na tego typu ofertę i nic nie zapowiadało wstrząsów. 

Początek był rytualnym popisem wyuczonej bezradności. „Jaką cudowną receptę masz mi do zaprezentowania w tej przegranej sprawie, jaką jest pozyskiwanie pracy, droga trenerko?” Wg tego scenariusza, kiedy prowadząca pyta uczestników, czego oczekiwaliby od warsztatu, odpowiadają, że nie wiedzą, bo skąd mają wiedzieć, ale chcieliby, żeby trenerka dała im dobre rady. W jakiej kwestii? No, oczywiście, chodzi o to, jak dobrze wypaść na rozmowie rekrutacyjnej. Wiadomo bowiem, że osoby rekrutujące to podstępne bestie zadające idiotyczne pytanie o to, w jaki sposób przesłuchiwany poradziłby sobie z wyzwaniem, jakim jest na przykład sprzedaż długopisu Cygance na przystanku tramwajowym. No i pytają zwykle, co wiesz o firmie, w której chcesz pracować i nie można przecież powiedzieć prawdy, tych wszystkich plot powtarzać, bo nie przyjmą na pewno. Ale nie można też gadać zupełnych banałów typu: "Już od dzieciństwa marzyłam, by u Was pracować i w weekendy wystawałam pod Waszą bramą w nadziei, że się dla mnie otworzy…" No i jak tu znaleźć złoty środek? Na dodatek, zdaniem uczestników, ci wszyscy cwani rekruterzy oczekują, że na swój stereotypowy vist dostaną niestereotypową odpowiedź, a to już jest naprawdę przesada. Gra musi być uczciwa i przestrzegać zasady: jakie pytanie, taka odpowiedź! Ot co!

Trenerka postanowiła jednak powalczyć z nawykami i nawiązać autentyczny dialog. Zamiast udzielać ogłupiających rad, powiedziała: „Nie mam pojęcia, jak akurat Wy macie zachować się na rozmowie rekrutacyjnej. Przeważnie rekruterom zależy na szczerości, więc lepiej powiedzieć prawdę. Zwracajcie przy tym uwagę na potrzeby potencjalnego pracodawcy, odnoście się do nich. I mówicie otwarcie o swoich potrzebach. Nie szukacie przecież pracy, której nie umiecie i nie chcecie wykonywać.”. Hmm... Fatalnie. Zasadą dobrej farsy powinna być jasność konwencji. Nie należy zmieniać jej w realistyczny dramat, jeśli widzowie przyszli nastawieni inaczej. Trenerka reguły tej nie przestrzegała i niespodziewanie wprowadziła ton poważny, wręcz głęboki. Zahaczyła przy tym niebezpiecznie o obszary prawdziwej bezradności. Za karę spotkała się z bezkompromisowym odporem sekty poszkodowanych przez wilczy, kolesiowski kapitalizm. Zapanowało gniewne ożywienie, a potem usłyszała mnóstwo uwag typu: „To po co Pani do nas przyszła?” lub „Jest Pani nieprzygotowana do zajęć, a my nie mamy czasu, my cierpimy, my się nudzimy…” Więc dzielna ta kobieta skapitulowała i po przerwie wróciła do sztampy, polegającej na omówieniu błędów w CV i sposobów zwiększania szansy na to, że ktoś zaprosi potrzebującego na rozmowę rekrutacyjną. Uczestnicy patrzyli z powątpiewaniem, ale ona, jak wszyscy w tej sali, chciała to spotkanie spokojnie przeżyć, a nie uszczęśliwiać ludzi na siłę. Zresztą, choć tej pracy nie lubiła, to nie chciała jej stracić, albowiem szukała jej długo. Bezrobocie nie jest przyjemne, to wiedziała na pewno…

Czy można inaczej? Wiele lat temu mój mąż, Jac Jakubowski, wymyślił i zrealizował program zwany Programem Aktywizacji Młodzieży. Było to w czasach „wczesnotransformacyjnych”, czyli w okresie wysokiego bezrobocia i ogólnego zagubienia społecznego. Program objął swym docelowym zasięgiem kilka tysięcy absolwentów szkół średnich i wyższych. Sponsorem tego działania był nie byle kto, ale wielki pedagog Jacek Kuroń, ówczesny minister. Miał on odwagę spojrzeć na sprawę bezrobocia od zupełnie nowej, wizjonerskiej strony. Program koncentrował się na kształceniu młodych liderów, którzy, sami bezrobotni, mieli organizować lokalną aktywność kolegów w tej samej sytuacji. Liderzy dostawali „centralne” zastrzyki wiedzy i energii, czyli przyjeżdżali na zloty i szkolenia. Jednocześnie, co bardzo ważne, otrzymywali też wsparcie lokalne. Poradnie wychowawczo-zawodowe, organizacje pozarządowe, szkoły… Mnóstwo kompetentnych ludzi współpracowało z nimi, aby powstało jakieś dzieło, a wraz nim zakwitło życie społeczne. 



Co uwielbiałam w tym programie? Tłumy ludzi na zlotach, radość, barwność, dumę młodzieży z tego, co robią. Widzenie potrzeb otoczenia, rosnącą wrażliwość społeczną, przetarcie oczu. Wiejskie przedszkola, zespoły muzyczne, pracownie kreatywności zakładane przez młodzież dla młodzieży, organizacje pomocowe i inicjatywy biznesowe. A najbardziej to, że ani razu nie padło w nim słowo "bezrobocie". Za to często odmieniano na wszystkie przypadki słowa „aktywność” i „sens”. Wskaźniki "zatrudnialności" po programie były oszałamiające.I choć oczywiście taki był cel, to jednak nie znalezienie jakiejkolwiek pracy było najważniejszym jego efektem. Wielu „absolwentów” tego programu założyło własne organizacje pozarządowe, które działają do dziś i robią znakomitą robotę. Wszyscy, którzy "tam byli" ówcześni dorośli i młodzież, czują się nadal, po ponad dwudziestu latach, połączeni niewidzialnymi nićmi wspólnoty wartości i sposobu działania. Utkano tkankę społeczną, trwałą i wpływową. A bezrobocie… no… jakoś tak przestało dotyczyć uczestników. Na zlocie końcowym pewna dziewczyna powiedziała z zażenowaniem do mikrofonu: "Mamy super zespół, gramy ludziom muzę, która ich cieszy i daje im do myślenia, ale niestety musimy przerwać działalność na jakiś czas, bo mamy za dużo obowiazków w pracy i czasu nie starcza..." 

Mimo znakomitych wyników ewaluacji przeprowadzonej przez prof. Czapińskiego, program nie był kontynuowany. Jacek Kuroń odszedł z ministerstwa, jego następca, legendarny minister Andrzej Bączkowski zmarł „na posterunku” na dzień przed podpisaniem zgody na kontynuację programu. Nowa ekipa program odrzuciła, bo... nie odnosił się wystarczajaco wprost do celu, jakim jest likwidowanie bezrobocia. 

Jak mnie boli ta ciasnota myślenia, ten dosłowny, technokratyczny sposób myślenia o zmianie społecznej. Jeśli bezrobotny - to znaczy, że niesprawny społecznie. Jak nie mieści się w systemie, to trzeba go „umieścić”. Jednak skuteczne programy aktywizacji zawodowej nie mogą odwoływać się do deficytów, nie mogą sprowadzać uczestników do roli odbiorcy i przedmiotu oddziaływań! Muszą umieć bazować na mocnych stronach. Podstawowym czynnikiem podnoszącym szanse „osuwających się" osób na lepsze radzenie sobie z zarabianiem pieniędzy jest, jak sama nazwa wskazuje, aktywizacja. Ważna jest też współpraca, szczególnie ta oparta na empatii , wzajemnym zrozumieniu. Programy wsparcia powinny zatem pomagać w tworzeniu sytuacji, które staną sie źródłem uzasadnionej dumy z siebie, poczucia sprawczości oraz przynależności do klanu tych, którym "chce się chcieć".

Ironiczną pointę przynosi zycie. Ostatnio usłyszłam "znakomity" pomysł: firmy realizujące dotacyjne programy przeciwdziałania bezrobociu powinny mieć obowiązek znalezienia uczestnikom pracy i tylko za takich zatrudnionych dostawać pieniądze. Osobiscie uważam, że dodatkowo realizatorzy programów powinni tych bezrobotnych leserów do pracy odprowadzać, bo nie wiadomo, czy ci zechcą z niej skorzystać, skoro jej sami nie wybierali. Ale jednak pomysł ten jest szansą na aktywizacje i ożywienie przedsiebiorczości, choć nie u tych, co trzeba. Stworzono bowiem żyzne pole dla oszustów. Zatrudniać, zwalniać i dzielić się zyskiem. Nawet na trzy części, niech bezrobotny też coś z tego ma. I tak w kółko. Takiej patologii można jednak zapobiec, wzmacniając kontrolę i zatrudniając kontrolerów - proponuję w tej roli osoby dotychczas trwale bezrobotne.
Konformistyczne, ciasne podejście decydentów do problemu skłania mnie do równie prostej konstatacji: tchórz nie nauczy odwagi, ograniczony nie poszerzy komuś horyzontów.



piątek, 15 sierpnia 2014

Z wizytą u Aleksandra Macedońskiego, czyli siła różnorodności



Wróciłam z wakacji i zabrałam się do pracy, choć pod powiekami mam jeszcze powidoki jaskrawego bałkańskiego słońca. Zamieniłam sandały na pantofle i rozpoczynam spotkania z klientami. Dzielą się one na te czujne, pełne nieufności i oceniania, rzeczowe, podczas których rozmawiamy o wzajemnej wymianie oraz takie, które przyprawiają mnie o zawrót głowy, budzące zachwyt, że przedstawiciel wielkiego biznesu podobnie jak ja widzi sprawę najistotniejszą:  poczucie sensu działań zawodowych. Spotkania takie nie trafiają się często, ale ostatnio jakby częściej.

Najbardziej cieszą mnie rozmowy, na których nikt nie oczekuje gotowego przepisu na sukces. W zamian zależy im przede wszystkim na tym, abym najpierw zrozumiała specyfikę ich sytuacji. Kiedy zaś słucham, to czuję się jakbym podróżowała po różnych krajach. O czym mówią klienci? Zwykle płynie opowieść o wielkim wysiłku zmierzającym do uporządkowania całej złożoności działań. I o tym, że jednocześnie toczy się proces całkiem przeciwny, zwany oporem lub destrukcją. W jego wyniku wiele efektów tej gigantycznej pracy staje się pozorem, jedynie fasadą. Życie rozsadza narzucone ramy i  wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

Czy to dobrze, że tak się dzieje? Czasami nie, bo w nadmiernym chaosie trudno sprawnie funkcjonować. Ale czasami widać, że to dobry proces. Kiedy na przykład praca staje się zbyt rutynowa, a organizacji brakuje ducha odkrwcy, wielu pracowników cieszy się głównie z tego, że nauczyło się różnych "obejść", sztuczek, dzięki którym osiagają efekty pomimo tych wszystkich ograniczajacych regulacji. Dogadują się z innymi "po ludzku", a przy tym ich praca staje się ciekawsza i skuteczniejsza. Dzięki naturalnej potrzebie relacji, więzi, nadmiar myśli technokratycznej zostaje zneutralizowany. Miejmy nadzieje, że nie na tyle jednak, by wszystko obróciło się w chaos.

Daleko, jak widzę, odeszłam już od wakacyjnych klimatów… Czy jednak na pewno? Podróże to okazja do przygladania się, jak powstawaje kultura. Grupy, organizacji, narodu. Integracja i dezintegracja. Ujednolicanie i poszukiwanie różnorodności. Spontaniczność i regulowanie. Jak to wszystko się splata?... Czasami wydaje mi się, że podrózuję po organizacjach i krajach po to, aby to jakoś ogarnąć.

W tym roku odwiedziłam intrygującą mnie od dawna Macedonię, o której niewiele w Polsce wiadomo. Z resztą, całe Bałkany z ich pogmatwaną historią i teraźniejszością, są piękne i ciekawe, a przede wszystkim mogą nas wiele nauczyć, szczególnie w kwestii siły i słabości wewnętrznego zróżnicowania. Macedonia jest to kraj młody, dopiero zdobywający miejsce w popularnej świadomości Europy. Grecy nazywają ją, dość obraźliwie wg mnie, F.Y.R.O.M, czyli Byłą Jugosłowiańską Republiką Macedonii, co sugeruje, że jest to jednostka była, a nie obecna. Pewni Serbowie również widzą w Macedonii własną byłą republikę, a na pewno dziedzica kulturowego Jugosławii. Wielu Albańczyków uważa natomiast że jest to, podobnie jak Kosowo, wysunięta enklawa albańska. Niektórzy Bułgarzy z kolej sugerują, że Macedonia to fragment Bułgarii, czego dowodzi język, zupełnie jak bułgarski, tylko z „nieco” popsutym greką alfabetem. Tymczasem Macedonia, dążąc do samostanowienia, stworzyła zaskakującą stolicę, wielokulturową i intrygującą.

Zaczęło sie nieźle. Wjeżdżając do Skopje, wpadłam nocą na stację benzynową. Na parkingu stacji stały, chłodząc się, kobiety w długich sukniach na niebotycznych obcasach oraz ich wystrojeni w garnitury macho o obojętnych minach. Okazało się, że stacyjna restauracja jest popularnym miejscem przyjęć dla rodzin muzułmańskich. Już wiedziałam, że będzie niebanalnie. Zamieszkałam w pensjonacie, którego każdy pokój symbolizował inną stolicę państwa. Trafiłam do pokoju  pod nazwą Skopje, co oznaczało, że całą noc nad moją głową galopował Aleksander Wielki. To bohater narodowy małej Macedonii i dużej Grecji, o którego kraje te rywalizują. Stworzył  imperium, w którym ważne były wpływy, nie zaś narodowość, z resztą wówczas  nie istniało pojęcie narodu w naszym rozumieniu. Zatem sam Aleksander chyba nie zrozumiałaby tego sporu, bo nie zdobywał Azji ani ku chwale Macedonii, ani Grecji, lecz z przyczyn pragmatycznych oraz ambicjonalnych.






Samo centrum miasta jest trochę jak magazyn teatralny. Po zniszczeniach spowodowanych trzęsieniem ziemi wybudowano tu „nowe zabytki”, średniowieczne, barokowe i klasycystyczne, podkreślające bogatą, wielowiekową tradycję narodu. Wszystkie place w centrum „zaludniono” nieprawdopodobnej wielkości pomnikami, które rywalizują ze sobą o uwagę przechodniów. Wszyscy bohaterowie tych monumentów, może poza Cyrylem i Metodym, mają pozy dumne, nader bojowe i przeważnie gdzieś mierzą z różnych rodzajów broni. Macedonia uświetniła w ten sposób wielu bohaterów, również tych, których przynależność kulturowa nie jest oczywista, takich jak wspomniany Aleksander Wielki, Cesarz Justynian i Goce Dełczew. Ze względu na niewielkie rozmiary stolicy i zagęszczenie herosów, bojowe te postacie celują przeważnie do siebie nawzajem, co jest metaforą niezamierzoną, acz wartą przemyślenia. W każdym razie rywalizują o uwagę przechodniów, którzy i tak myślą tylko o swoich sprawach. Poza mną nikt chyba się tymi dziełami nie podniecał. Najlepiej podsumował to skopijski taksówkarz. Zapytany o bohatera pomnika przedstawiającego mężczyznę na koniu w dramatycznej pozie z wyciągniętym przed siebie pistoletem, który w pełnym galopie podąża ku przyszłości niczym Europa na byku, odparł z powagą: „A guy. Just a guy”. Po prostu facet, jakiś człowiek. To znakomita pointa dla tych, skądinąd zrozumiałych, narodowych poszukiwań. Po prostu ludzie.

Jest jeszcze jedno zakończenie tej opowieści. Goce Dełczew, bułgarsko-macedoński bohater walk z Imperium Osmańskim, pilnuje wejścia na skopijską starówkę. Jest to coś w rodzaju zabytkowego bazaru orientalnego. Obecnie również sprzedaje się na nim wszystko, co tureckie. Można się napić też kawy po turecku, zjeść tureckiego kebaba, poczuć codzienny, bezpieczny rytm życia, prawdopodobnie niewiele różniący się do tego, który toczył się za czasów Alego Paszy. Handel to handel, a polityka to polityka. A że tureckie towary są tanie i ładne… Nie chcę przez to powiedzieć, że nie rozumiem dążenia Macedończyków do zbudowania własnej państwowości. Widać jednak, że nie da się zignorować ani mozaiki religijnej, ani skomplikowanej historii, ani codziennych potrzeb ludzi, które tworzą sieć powiązań silniejszych niż wszelkie regulacje. W Skopje zarówno różnice, jak i więzi są wyolbrzymione, wręcz symboliczne. Życie zasymiluje wszystko i połączy we wspólną całość. W państwie i w organizacji.    

wtorek, 11 marca 2014

FOMO czyli lęk przed wykluczeniem.


Znów superwizja. Warsztat rozkręcał się bardzo powoli, więc oddałam się obserwacji dekoracji naściennych. Były tam zaskakująco dobre zdjęcia z Azji. Twarze ludzi, zwyczajne domy, firmy, stragany, autobusy. Szczególnie przyciągnęło mnie zdjęcie z tokijskiej dzielnicy Harayuki. Dziewczęta i chłopcy przebrani za postacie z anime i mangi (kawai dosł. milutcy) przemieszani w tłumie z salrymenami czyli poważnymi, zmęczonymi facetami na etatach. Niepojęty kontrast szarości i feerii barw, powagi i zabawy. Przyszło mi do głowy, że jednak coś ich łączy: i jedni i drudzy są w jakimś sensie niewidzialni, ukryci pod uniforem, przebraniem. Dlaczego Japończyk tak bardzo chce się ukryć? Wiele tłumaczą w tej kwestii książki Rafała Tomańskiego. Bardzo je lubię, bo choć są o Japonii, zawsze znajdę tam coś o nas. W Made in Japan przeczytałam o FOMO, co stanowi skrót od angielskiego fear of missing out. Strach przed byciem pominiętym. Wprawdzie sam syndrom dotyczy świata wirtualnego, udziału w portalach społecznościowych, ale w życiu realnym też mamy wiele okazji, aby przeżyć ów lęk. Otóż Japończycy są na tym punkcie wyjątkowo wrażliwi. Zrobią wiele, aby nie znaleźć się poza nawiasem społecznym. Rzadko ujawniają swoje opinie i preferencje, aby nie okazało się, że "nie pasują". Dlaczego? Prawdopodobnie ma tu wpływ wieloletnia izolacja zafundowana rodakom przez dynastię Tokugawa w XVII do XIX wieku. W trakcie 220 lat zakazu podróżowania i wpuszczania obcokrajowców do Japonii oraz ściśle kontrolowanego handlu, wyspiarze wyrobili w sobie przekonanie o wyższości kultury japońskiej nad wszelką inną. Zaczęli gromadnie hołubić myśl o niemożności zrozumienia duszy mieszkańca Kraju Kwitnącej Wiśni przez gaijina, obcokrajowca. Do dziś wielu z nich jest przekonanych, że tylko Japonia ma na tym globie cztery pory roku i wiśnie. Ta postawa wyższości i hermetyczności nie tylko ułatwiła podtrzymanie polityki izolacji, ale wzmocniła lęk przez odrzuceniem przez własną społeczność. Jak nie masz wyboru, musisz dostosować się do tych, wśród których żyjesz...






Tymczasem na warsztacie sprawy poszły do przodu. Wstępna, dość konwencjonalna rundka, zaowocowała dyskusją na temat różnorodności uczestników. Czy to dobrze, czy to źle, że różnimy się wiekiem, branżami, typem działania?
– Nie wiem, czy ktoś z produkcji mnie zrozumie – powiedziała młoda dziewczyna w profesjonalnym garniturze. Ja jestem wilkiem sprzedażowym, action, action, action... A tam: wszystko ułożone, codziennie to samo. My jesteśmy z innych światów. Nie mamy szans się zrozumieć w pewnych sprawach.
– Codziennie to samo? – zdziwiła się zaczepiona uczestniczka. Ja już nie wytrzymuję ilości zmian, chciałabym choć raz móc przewidzieć, co będzie następnego dnia.
– Ale jednak u was jest inaczej jakoś. Hm... Ja chyba boję się, że jak coś mi się wyrwie, jakieś słowo swobodne spod serca skapnie, to wy, nieprzyzwyczajeni do świata sprzedaży, popadacie jak muchy.
– No, od mnie też można się pewnych rzeczy nauczyć, na przykład, jak obcować z klnącymi jak szewc majstrami – powiedziała lekko dotknięta szefowa produkcji.
Zrobiło się nieprzyjemnie. Wyglądało na to, że więcej osób zaczęło zastanawiać się, co może im się "wypsnąć". Aby przerwać kłopotliwe milczenie, trenerka zaproponowała ćwiczenie w parach pt: "Mój sukces w rozwiązaniu sytuacji trudnej w zarządzaniu ludźmi". Jednak jego początek przyniósł nowe trudności.
– Sukces, to brzmi tak amerykańsko – stwierdził zachowujący rezerwę siwy pan – My jesteśmy inną kulturą, mniej się chwalimy. Może raczej porozmawiajmy o trudnościach... To byłoby prostsze.
Rozmowa w parach nie przyniosła ulgi, w każdym razie nie wszystkim. Niektórzy skupili się na słuchaniu i mówieniu o sukcesach. Jednak wiele osób zaczęło rozprawiać o różnych przytłaczających ich sytuacjach "bez wyjścia", a ich rozmówcy dziarsko atakowali ich złotymi radami. Wreszcie nadszedł koniec tego festiwalu, a ofiary ataku pomocnej ręki odetchnęły.
– Jak pracowało Wam się w parach? – zapytała prowadząca.
– Dobrze... to znaczy normalnie.
– No, te rady były trochę z innych realiów. W zasadzie do mnie nie pasowały. Ale nie powiem, koleżanka... no, na pewno ma dużą wiedzę – dorzuca szybko.
W końcu siwy uczestnik mówi:
– Moim zdaniem nie znamy się dość dobrze, więc może boimy się, że ktoś komuś nadepnie na odcisk, powie coś niestosownego. I potem będzie trudno. Nie jestem psychologiem, nie wiem, co tu wolno mówić.
– A ja jestem psychologiem i boję się, że zacznę psychologizować – powiedziała pani spod tablicy, przedstawiająca się jako szefowa HR.
– To dotyczy też mnie – przyznała znienacka prowadząca – Cały czas boję się, żebyście nie pomyśleli, że to spotkanie jest "niebiznesowe", że wychodzi nam z niego jakaś terapia.
– Narozrabiałam – powiedziała wreszcie młoda wilczyca z (umiarkowaną) skruchą. – Czuję, że znowu się wychyliłam i popsułam atmosferę. Już dwa razy straciłam przez to pracę. Cholera, jak być sobą, a przy tym nie nadeptywać ciągle komuś na odcisk. Mnie jest wszędzie za dużo. Ale z drugiej strony, kiedy trochę odpuszczam, kiedy nie pcham tego wózka do przodu, bo nie mam siły, to nie ma nikogo, kto by mi pomógł. Mój mąż powiedział mi kiedyś, gdy byłam załamana: "No cóż, chyba sobie poradzisz, kochanie?" I poszedł. Od tej pory raczej się nie ujawniam z problemami.
– Co ty mówisz?! A ja Ci tak zazdroszczę tej energii, spontaniczności, bezpośredniości. Ja, z kolei, jeśli nie znam ludzi i panujących reguł, prawie się nie odzywam. Nie wiem, co powiedzieć, aby nie chlapnąć czegoś niestosownego. I zamiast słuchać, w głowie snuję scenariusze ewentualnych wpadek.
– A więc w sumie niewiele nas różni. Ty nie mówisz, co cię boli, i ja też nie. Ty nie słuchasz, i ja też nie. Ty chcesz to zmienić, i ja też. Może to i dobrze, łatwiej się zrozumiemy – skonstatowała wilczyca z dość przewrotnym uśmiechem.

Szukanie podobieństw okazało się nośnym kierunkiem. Uczestnicy coraz więcej uwagi poświęcali sobie nawzajem, rosła empatia. Okazało się, że w tej grupie możliwa jest wolność, bezpieczeństwo i poczucie więzi. A różnorodność? To zabawne, ale dopiero teraz widać ją było z całą wyrazistością.
– Chciałbym, aby moi ludzie też nauczyli się tak rozmawiać. To byłoby dla mnie ważnym zadaniem jako menedżera. Połowa problemów by odpadła – powiedział jeden z uczestników w podsumowaniu szkolenia.

Kiedy widzimy to, co nas łączy, kiedy zauważamy nasze podobieństwo, tracą na znaczeniu wymyślone i prawdziwe bariery pomiędzy ludźmi. Wówczas maleje lęk przed byciem nieadekwatnym, przed byciem negatywnie ocenionym, przed byciem wykluczonym. Mało istotna staje się nawet potrzeba autoprezentacji, bo wreszcie można naprawdę ujawnić swoją siłę. Kończy się japońska izolacja. Zatem, jak poradzić sobie z FOMO? Zobaczyć, że mamy je prawie wszyscy. Moim zdaniem praca nad tym to ważne, wręcz kluczowe zadanie dla lidera i trenera.

niedziela, 16 lutego 2014

Dwunasty cud. Zobaczyć i docenić to, co jest.


Sala była przestronna i wygodna, co, przyznam, zaczyna mieć dla mnie znaczenie. Wielkie okna wychodziły na rżysko, ale widziałam horyzont i klucz gęsi na niebie (luty!).Ale może to były zurawie? Wygodne fotele, dyskretna elegancja, to lubię. 
Trener pomagał zarządowi ustalić strategię firmy. Pierwszego dnia odbyły się podsumowania dotychczasowych rezultatów. Każdy szef prezentował wyniki swojego pionu, po czym następowała sesja wniosków. Co można poprawić w marketingu? Co można poprawić w sprzedaży? Co w logistyce?… Uff. Czym dalej, tym duszna, pełna napięcia atmosfera gęstniała. Zmęczenie działało i wzmagało krytycyzm odbiorców. Najgorzej wyszła na tym pani z HR, bo była ostatnia. Okazało się, że w dziedzinie zarządzania kulturą organizacji oraz "gospodarowania zasobami ludzkim" zmienić trzeba wszystko.
– No to świetnie – powiedziała ironicznie szefowa – ale już od jutra, czy będę miała kilka dni na zastanowienie się?
Trener przypomniał, że następnego dnia będą planować strategię firmową, więc może dzięki temu coś się wyjaśni. Jednak była to czcza obietnica. Od rana sprawy szły jak po grudzie. Zgodnie z niepisanymi regułami warsztatów strategicznych, najpierw wypełniano matrycę SWOT. Mocne strony: hm, pozycja rynkowa, doświadczenie. Słabe strony: długa lista w zasadzie nie do streszczenia. Szanse - takie jak zwykle. Zagrożenia - takie jak powiedziano wczoraj. Potem w minorowych humorach wzięto się za wizję. Uczestnicy mieli uzgodnić: Czego by chcieli? W którą stronę ma dalej iść firma? Jaką ma być ich organizacją? No cóż… Inną? Lepszą? Większą? Dynamiczniejszą? Spontaniczne słowa ubierane w okrągłe stwierdzenia „więdły w locie”. Flip-chart był zapełniany wnioskami, ale wszyscy widzieli, że rośnie perfekcyjne, korporacyjne NIC. Wreszcie trener przytomnie zauważył:
– Może trudno Wam przejść do wizji, bo wczoraj zanegowaliście wiele ze swoich dotychczasowych osiągnięć? Może nie macie na czym budować dalszych działań?
Pani z HR gwałtownie przytaknęła.
– Tak, ja się wczoraj kompletnie zagubiłam. Wcześniej wydawało mi się, że wiem, co powinniśmy dalej robić, a teraz nie wiem już nic. Podobne odczucia miał marketingowiec i logistyk… i szef sprzedaży... tylko prezes się zdziwił, nawet nie oburzył, tylko zdziwił właśnie.
 – Nie możecie być tak wrażliwi na krytykę. Jesteście od tego, aby likwidować błędy – powiedział skonfundowany. – A jednak – zastanowił się po chwili – czy nie wylewamy przy tym dziecka z kąpielą?  
Szefowa HR powiedziała wówczas:
– Tak, już wiem, co musimy zmienić w naszej kulturze organizacyjnej – przede wszystkim to ciągłe „killowanie” własnych osiągnięć!

Atmosfera ocieplała sie jak w szklarni. W końcu prowadzący zaproponował, aby powiedzieli sobie nawzajem, z czego są dumni i co zdecydowanie chcieliby zachować w kolejnych latach. I poszło… Worek z marzeniami i wizjami nagle otworzył się. Powinniśmy rozwinąć to i to, powinniśmy zwrócić uwagę na pogłębienie tego i tego, będziemy dążyć do tego i tego… Dobra, konstruktywna rozmowa. Prezes był zaskoczony i powiedział:
– Nie wiedziałem, że potrafimy tak współpracować. Boję się jednak, że stracicie z pola widzenia fakt, że nie wszystko jest sielanką, uśpicie swoją czujność. Jednak z drugiej strony – zastanowił się – jeszcze w tej firmie nie słyszałem tylu sensownych planów na raz.

Kiedy wszystko zburzymy, zanegujemy, zostajemy w pustce. Bezradność. Nie ma się od czego odbić, nie wiadomo, do czego można mieć zaufanie. W 1970 roku Arnold Beisser, terapeuta Gestalt, sformułował paradoksalną teorię zmiany. Sprowadza się ona do stwierdzenia, że abyśmy mogli dokonać zmian, najpierw musimy zaakceptować rzeczywistość, a przede wszystkim siebie samego. Rozwój nie następuje wtedy, gdy próbujemy być inni, niż jesteśmy, lecz w momencie, gdy uświadomimy sobie, jacy jesteśmy i wreszcie pogodzimy się z tym. Dążąc do ideału, tracimy korzenie, dostęp do soków żywotnych, stajemy się duchami zawieszonymi między ziemią i niebem. A tymczasem wady, którym odebralismy prawo istnienia, rosną i stają się coraz silniejsze.




Dużo jeżdżę po Polsce, która zdumiewa mnie coraz bardziej. Prawie każde miasto, które odwiedzam, a jest ich niemało, ma w sobie niespodziankę. Jesteśmy krajem – tajemnicą, krajem – sekretną skrzyneczką. Pod błotem kłótni, hałasów, idiotycznych pretensji, kryją się cuda. Pierwszym cudem są drogi – po Polsce jeździ się już naprawdę nieźle. Drugim – odnowione centra miast. Trzecim – fantastyczne zabytki. Czwartym – nadal dzika przyroda. Piątym – zdeterminowani i inteligentni ludzie. Szóstym – żywa kultura, sztuka alternatywna, jej świeżość, odwaga. Siódmym – aktywność w nowym świecie czyli w nowych mediach. Ósmym – to, że nieźle radzimy sobie gospodarczo. Dziewiątym – ilość organizacji pozarządowych i spontanicznej aktywności społecznej. Dziesiątym – głębia relacji, która dla Polaków jest normalna, a dla obcokrajowców niezwykła. Jedenastym – nasza pracowitość i kreatywność. Jednak niewiele osób zachwyca sie tym. Głośno robią to na ogół ekscentrycy i aktualnie rządzący politycy. Cicho – wiele innych osób, które mają dar obserwacji, ale nie mają niczego „na żer” mediów lub gniewnych narzekań zastepujących faktyczną rozmowę. Nie będziemy w stanie iść dalej, jeśli nie zaczniemy doceniać tego, co już zrobiliśmy. Potrzebujemy dwunastego cudu: samoakceptacji i samoświadomości. Może powinniśmy podjąć wysiłek zobaczenia tego, na czym możemy się oprzeć, co jest naszą siłą znajdującą odbicie w rzeczywistych zaletach i osiągnięciach. To wielkie wyzwanie dla wszystkich, ale przede wszystkim dla trenerów, coachów i liderów. Zacznijmy, koledzy, od siebie. Diament można szlifować tylko diamentem.





wtorek, 4 lutego 2014

Jak Gombrowicz uczył asertywności....



Mój syn przygotowuje się do matury. W związku z powyższym zmuszony jest przeczytać szereg lektur, które dotychczas skutecznie ignorował. Jednak zaliczenie Ferdydurke do lektur wkurzyło go, a nawet uznał to za perwersję.
- Gombrowicz to nie jakiś Słowacki, żeby go tymi pytaniami maturalnymi maltretować! To jest nawet książka super, więc teraz nie wiem, czy czytać ją z ciekawością, czy nie!
Posłuchaj, mówi mój syn, zarykując się przy tym:

"Hm... Hm... A zatem, dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlaczego płaczemy z poetą czytając ten cudny, harfowy poemat "W Szwajcarii"? Dlaczego, gdy słuchamy heroicznych, spiżowych strof "Króla Ducha" wzbiera w nas poryw? I dlaczego nie możemy oderwać się od cudów i czarów "Balladyny"... Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Wielkim poetą! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego kochamy? Bo był wielkim poetą. Wielkim poetą był! Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze do głowy (...)."
Witold Gombrowicz, Ferdydurke

Tak, pomyślałam jako współczująca matka. Jeszcze tylko 4 miesiące do matury... potem.... cztery lata studiów, a potem...wolność od narzucania, co czytać, co myśleć o przeczytanych książkach i jak to wyrażać, wreszcie będzie mógł  uczyć się po swojemu...? Czyżby? A Józio, bohater Ferdydurke, gość już trzydziestoletni, śni nadal czasami, że na powrót wylądował w gimnazjum.

"We wtorek miałem sen... Zbudziłem się nad ranem, gdy było jeszcze ciemno. Wydawało mi się, że ciało moje nie jest jednolite, że niektóre części ciała są jeszcze chłopięce (...) taki, jak jestem dzisiaj, po trzydziestce, przedrzeźniam i wyśmiewam sobą chłystka, jakim byłem, a on znowu przedrzeźnia mnie (...) No Józiu chodź, pójdziemy do szkoły. Do szkoły dyrektora Piórkowskiego. Pierwszorzędny zakład naukowy. Są jeszcze wolne miejsca w 6 klasie. Edukacja twoja - zaniedbana i trzeba przede wszystkim uzupełnić braki." jw.

Gdy czasami prowadzę superwizję, to, niestety, co przyznaję ze wstydem, zdarza mi się z lekka odlecieć, czyli oddać zamyśleniu. Oto półsen Doroty Jakubowskiej:

Siedzę na sali szkoleniowej. Niby cień wciśnięta za tablicę, widzę stoły ustawione w podkowę, rzutnik na honorowym miejscu, wszyscy siedzą przyciśnięci do ścian, trenerka góruje. Uczestnicy analizują metody sprytnego podejścia "trudnego klienta", żeby choć trochę ułatwić sobie szybkie zamknięcie transakcji. Robią to bez zbytniego zapału, bo już byli na takim warsztacie i podejrzewają, że te wszystkie sposoby sprawdzają się tylko czasami. Lepiej "wychodzą" prawdopodobnie wtedy, gdy klient nie wie, że jest trudny, a myśli w swej naiwności, że jest bezradny, ogłupiały, wystraszony. Ale uczestnicy, choć wyraźnie zdystansowani do swej pracy intelektualnej, to jednak pragną zadowolić uroczą trenerkę, która naprawdę przejawia życzliwość i nie ma powodu robić jej przykrości. Tylko jeden marudny gość cały czas dowodzi, że wymieniane sztuki i sztuczki działają rzadko, a w jego przypadku - zgoła nigdy. Psuje tym atmosferę i wkurza trenerkę. Propaguje jednocześnie swoją dość infantylną metodę "Zignorować, robić swoje". Nie zostaje ona jednak zapisana na flip-charcie, ze względu na swą niedojrzałość właśnie. W końcu trenerka stawia wszystko na jednego konia, zdecydowanie wskazując na stworzoną wspólnymi siłami listę:
- Wierz mi, to działa!
Chyba nie uwierzył, ale się uspokoił. Czyli wyjął komórkę i oddał się graniu w kuleczki. Trenerka zastosowała prawdopodobnie metodę numer trzy z listy brzmiącą: "Podkreślić własny autorytet, zapewnić o jakości usługi". Potem wszystko poszło gładko, a młody wątpiący podobno dostał w przerwie telefon, że jest wzywany do pracy, więc odmeldował się, prosząc jednakże o uprzednie przydzielenie dyplomu. Otrzymał.

Druga część warsztatu dotyczyła asertywności. I tu zaczęły się problemy z subordynacją. Krucha równowaga, rodzaj umowy społecznej, polegającej na bezstresowym odbyciu szkolenia przez uczestników z jednej strony, a otrzymaniu przez trenerkę pozytywnych opinii od uczestników na skali ich zadowolenia, z drugiej, została znienacka zagrożona. Asertywna odmowa, zdaniem wielu uczestników "nie przejdzie", bo jest niegrzeczna i zimna w swej wymowie i jest gorsza niż zwykłe burkniecie nawet.
- A po co robić sobie wrogów?- pytają. - Nie lepiej jakoś delikatniej się wykręcić?
Jednak trenerka wykazuje konsekwencję.
- Umówiliśmy się na ćwiczenie asertywności - stwierdza.
- O nie! - mówi jedna z uczestniczek w nagłym przypływie asertywności. - Ja się na to nie umawiałam. Ja przyszłam się dowiedzieć, co mam z nerwami zrobić, gdy mnie klient wkurzy, a szefowa patrzy. Tak było ostatnio. Nawet nie wiem, czy to czasem nie był jakiś cholerny mystery client, czyli podstawiony prowokator, bo jakoś wyjątkowo ostro sobie ze mną poczynał. Cała się spociłam jak mysz przy tej rozmowie, więc szefowa wysłała mnie na szkolenie, abym wzmocniła pewność siebie. Ale taka asertywność to nie dla mnie, nie jest polska, tylko jakaś amerykańska.
Trenerka zasępia się i pyta pozostałych uczestników:
- Co byście wobec tego zrobili, aby się zabezpieczyć przed niepożądanymi emocjami?
Po dłuższej dyskusji konkluzja jest następująca: spróbować asertywnie, ale jeśli klient nie zrozumie, że to asertywność, czyli metoda na wskroś słuszna, to wówczas należy jego zachowania zignorować.
- Aha - podsumowała trenerka - czyli stanowcze i grzeczne postawienie granic, najlepiej procedurą czterech kroków, tak?
- No, - mówi uparta przeciwniczka stawiania granic zbyt radykalnie - ale po niektórych na pierwszy rzut oka wiadomo, że to nie podziała, więc wtedy lepiej od razu oszczędzać nerwy, czyli starać się nie słuchać.
- W zasadzie po większości to widać - dodaje inna. Sytuacja staje się męcząca. Ratuje ją trenerka, asertywnie ignorując dalszą dyskusję i zapowiadając przejście do nowego tematu. Przerwa.






Budzę się z półsnu. Jestem na superwizji. Szkolenie prowadzi bardzo doświadczony trener. Czy jednak, zaangażowany w realizację scenariusza, widzi on związek między tym, o czym mówi, a tym, czego uczy? Czy zachowuje tę spójność Tu i Teraz? Czy uczy się od uczestników, chcąc ich zrozumieć, czy też próbuje nad nimi dominować? Czy potrafi stworzyć szansę na wnikliwą i otwartą rozmowę dorosłych ludzi? Czy ufa zawodowemu i życiowemu doświadczeniu uczestników? Jak sądzi, co może stanowić dla nich punkt wyjścia do prawdziwego otworzenia się na nowe? Nie wiem. Nie wiem też, czy będziemy o tym w trakcie rozmowy superwizyjnej w ogóle rozmawiać, bo może całkiem inne kwestie zaprzątają mu aktualnie głowę. Czy zatem ja sama zaangażuję się w to, co on faktycznie przeżywa, a nie w to, o czym śniłam w półśnie?