piątek, 15 sierpnia 2014

Z wizytą u Aleksandra Macedońskiego, czyli siła różnorodności



Wróciłam z wakacji i zabrałam się do pracy, choć pod powiekami mam jeszcze powidoki jaskrawego bałkańskiego słońca. Zamieniłam sandały na pantofle i rozpoczynam spotkania z klientami. Dzielą się one na te czujne, pełne nieufności i oceniania, rzeczowe, podczas których rozmawiamy o wzajemnej wymianie oraz takie, które przyprawiają mnie o zawrót głowy, budzące zachwyt, że przedstawiciel wielkiego biznesu podobnie jak ja widzi sprawę najistotniejszą:  poczucie sensu działań zawodowych. Spotkania takie nie trafiają się często, ale ostatnio jakby częściej.

Najbardziej cieszą mnie rozmowy, na których nikt nie oczekuje gotowego przepisu na sukces. W zamian zależy im przede wszystkim na tym, abym najpierw zrozumiała specyfikę ich sytuacji. Kiedy zaś słucham, to czuję się jakbym podróżowała po różnych krajach. O czym mówią klienci? Zwykle płynie opowieść o wielkim wysiłku zmierzającym do uporządkowania całej złożoności działań. I o tym, że jednocześnie toczy się proces całkiem przeciwny, zwany oporem lub destrukcją. W jego wyniku wiele efektów tej gigantycznej pracy staje się pozorem, jedynie fasadą. Życie rozsadza narzucone ramy i  wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

Czy to dobrze, że tak się dzieje? Czasami nie, bo w nadmiernym chaosie trudno sprawnie funkcjonować. Ale czasami widać, że to dobry proces. Kiedy na przykład praca staje się zbyt rutynowa, a organizacji brakuje ducha odkrwcy, wielu pracowników cieszy się głównie z tego, że nauczyło się różnych "obejść", sztuczek, dzięki którym osiagają efekty pomimo tych wszystkich ograniczajacych regulacji. Dogadują się z innymi "po ludzku", a przy tym ich praca staje się ciekawsza i skuteczniejsza. Dzięki naturalnej potrzebie relacji, więzi, nadmiar myśli technokratycznej zostaje zneutralizowany. Miejmy nadzieje, że nie na tyle jednak, by wszystko obróciło się w chaos.

Daleko, jak widzę, odeszłam już od wakacyjnych klimatów… Czy jednak na pewno? Podróże to okazja do przygladania się, jak powstawaje kultura. Grupy, organizacji, narodu. Integracja i dezintegracja. Ujednolicanie i poszukiwanie różnorodności. Spontaniczność i regulowanie. Jak to wszystko się splata?... Czasami wydaje mi się, że podrózuję po organizacjach i krajach po to, aby to jakoś ogarnąć.

W tym roku odwiedziłam intrygującą mnie od dawna Macedonię, o której niewiele w Polsce wiadomo. Z resztą, całe Bałkany z ich pogmatwaną historią i teraźniejszością, są piękne i ciekawe, a przede wszystkim mogą nas wiele nauczyć, szczególnie w kwestii siły i słabości wewnętrznego zróżnicowania. Macedonia jest to kraj młody, dopiero zdobywający miejsce w popularnej świadomości Europy. Grecy nazywają ją, dość obraźliwie wg mnie, F.Y.R.O.M, czyli Byłą Jugosłowiańską Republiką Macedonii, co sugeruje, że jest to jednostka była, a nie obecna. Pewni Serbowie również widzą w Macedonii własną byłą republikę, a na pewno dziedzica kulturowego Jugosławii. Wielu Albańczyków uważa natomiast że jest to, podobnie jak Kosowo, wysunięta enklawa albańska. Niektórzy Bułgarzy z kolej sugerują, że Macedonia to fragment Bułgarii, czego dowodzi język, zupełnie jak bułgarski, tylko z „nieco” popsutym greką alfabetem. Tymczasem Macedonia, dążąc do samostanowienia, stworzyła zaskakującą stolicę, wielokulturową i intrygującą.

Zaczęło sie nieźle. Wjeżdżając do Skopje, wpadłam nocą na stację benzynową. Na parkingu stacji stały, chłodząc się, kobiety w długich sukniach na niebotycznych obcasach oraz ich wystrojeni w garnitury macho o obojętnych minach. Okazało się, że stacyjna restauracja jest popularnym miejscem przyjęć dla rodzin muzułmańskich. Już wiedziałam, że będzie niebanalnie. Zamieszkałam w pensjonacie, którego każdy pokój symbolizował inną stolicę państwa. Trafiłam do pokoju  pod nazwą Skopje, co oznaczało, że całą noc nad moją głową galopował Aleksander Wielki. To bohater narodowy małej Macedonii i dużej Grecji, o którego kraje te rywalizują. Stworzył  imperium, w którym ważne były wpływy, nie zaś narodowość, z resztą wówczas  nie istniało pojęcie narodu w naszym rozumieniu. Zatem sam Aleksander chyba nie zrozumiałaby tego sporu, bo nie zdobywał Azji ani ku chwale Macedonii, ani Grecji, lecz z przyczyn pragmatycznych oraz ambicjonalnych.






Samo centrum miasta jest trochę jak magazyn teatralny. Po zniszczeniach spowodowanych trzęsieniem ziemi wybudowano tu „nowe zabytki”, średniowieczne, barokowe i klasycystyczne, podkreślające bogatą, wielowiekową tradycję narodu. Wszystkie place w centrum „zaludniono” nieprawdopodobnej wielkości pomnikami, które rywalizują ze sobą o uwagę przechodniów. Wszyscy bohaterowie tych monumentów, może poza Cyrylem i Metodym, mają pozy dumne, nader bojowe i przeważnie gdzieś mierzą z różnych rodzajów broni. Macedonia uświetniła w ten sposób wielu bohaterów, również tych, których przynależność kulturowa nie jest oczywista, takich jak wspomniany Aleksander Wielki, Cesarz Justynian i Goce Dełczew. Ze względu na niewielkie rozmiary stolicy i zagęszczenie herosów, bojowe te postacie celują przeważnie do siebie nawzajem, co jest metaforą niezamierzoną, acz wartą przemyślenia. W każdym razie rywalizują o uwagę przechodniów, którzy i tak myślą tylko o swoich sprawach. Poza mną nikt chyba się tymi dziełami nie podniecał. Najlepiej podsumował to skopijski taksówkarz. Zapytany o bohatera pomnika przedstawiającego mężczyznę na koniu w dramatycznej pozie z wyciągniętym przed siebie pistoletem, który w pełnym galopie podąża ku przyszłości niczym Europa na byku, odparł z powagą: „A guy. Just a guy”. Po prostu facet, jakiś człowiek. To znakomita pointa dla tych, skądinąd zrozumiałych, narodowych poszukiwań. Po prostu ludzie.

Jest jeszcze jedno zakończenie tej opowieści. Goce Dełczew, bułgarsko-macedoński bohater walk z Imperium Osmańskim, pilnuje wejścia na skopijską starówkę. Jest to coś w rodzaju zabytkowego bazaru orientalnego. Obecnie również sprzedaje się na nim wszystko, co tureckie. Można się napić też kawy po turecku, zjeść tureckiego kebaba, poczuć codzienny, bezpieczny rytm życia, prawdopodobnie niewiele różniący się do tego, który toczył się za czasów Alego Paszy. Handel to handel, a polityka to polityka. A że tureckie towary są tanie i ładne… Nie chcę przez to powiedzieć, że nie rozumiem dążenia Macedończyków do zbudowania własnej państwowości. Widać jednak, że nie da się zignorować ani mozaiki religijnej, ani skomplikowanej historii, ani codziennych potrzeb ludzi, które tworzą sieć powiązań silniejszych niż wszelkie regulacje. W Skopje zarówno różnice, jak i więzi są wyolbrzymione, wręcz symboliczne. Życie zasymiluje wszystko i połączy we wspólną całość. W państwie i w organizacji.    

wtorek, 11 marca 2014

FOMO czyli lęk przed wykluczeniem.


Znów superwizja. Warsztat rozkręcał się bardzo powoli, więc oddałam się obserwacji dekoracji naściennych. Były tam zaskakująco dobre zdjęcia z Azji. Twarze ludzi, zwyczajne domy, firmy, stragany, autobusy. Szczególnie przyciągnęło mnie zdjęcie z tokijskiej dzielnicy Harayuki. Dziewczęta i chłopcy przebrani za postacie z anime i mangi (kawai dosł. milutcy) przemieszani w tłumie z salrymenami czyli poważnymi, zmęczonymi facetami na etatach. Niepojęty kontrast szarości i feerii barw, powagi i zabawy. Przyszło mi do głowy, że jednak coś ich łączy: i jedni i drudzy są w jakimś sensie niewidzialni, ukryci pod uniforem, przebraniem. Dlaczego Japończyk tak bardzo chce się ukryć? Wiele tłumaczą w tej kwestii książki Rafała Tomańskiego. Bardzo je lubię, bo choć są o Japonii, zawsze znajdę tam coś o nas. W Made in Japan przeczytałam o FOMO, co stanowi skrót od angielskiego fear of missing out. Strach przed byciem pominiętym. Wprawdzie sam syndrom dotyczy świata wirtualnego, udziału w portalach społecznościowych, ale w życiu realnym też mamy wiele okazji, aby przeżyć ów lęk. Otóż Japończycy są na tym punkcie wyjątkowo wrażliwi. Zrobią wiele, aby nie znaleźć się poza nawiasem społecznym. Rzadko ujawniają swoje opinie i preferencje, aby nie okazało się, że "nie pasują". Dlaczego? Prawdopodobnie ma tu wpływ wieloletnia izolacja zafundowana rodakom przez dynastię Tokugawa w XVII do XIX wieku. W trakcie 220 lat zakazu podróżowania i wpuszczania obcokrajowców do Japonii oraz ściśle kontrolowanego handlu, wyspiarze wyrobili w sobie przekonanie o wyższości kultury japońskiej nad wszelką inną. Zaczęli gromadnie hołubić myśl o niemożności zrozumienia duszy mieszkańca Kraju Kwitnącej Wiśni przez gaijina, obcokrajowca. Do dziś wielu z nich jest przekonanych, że tylko Japonia ma na tym globie cztery pory roku i wiśnie. Ta postawa wyższości i hermetyczności nie tylko ułatwiła podtrzymanie polityki izolacji, ale wzmocniła lęk przez odrzuceniem przez własną społeczność. Jak nie masz wyboru, musisz dostosować się do tych, wśród których żyjesz...






Tymczasem na warsztacie sprawy poszły do przodu. Wstępna, dość konwencjonalna rundka, zaowocowała dyskusją na temat różnorodności uczestników. Czy to dobrze, czy to źle, że różnimy się wiekiem, branżami, typem działania?
– Nie wiem, czy ktoś z produkcji mnie zrozumie – powiedziała młoda dziewczyna w profesjonalnym garniturze. Ja jestem wilkiem sprzedażowym, action, action, action... A tam: wszystko ułożone, codziennie to samo. My jesteśmy z innych światów. Nie mamy szans się zrozumieć w pewnych sprawach.
– Codziennie to samo? – zdziwiła się zaczepiona uczestniczka. Ja już nie wytrzymuję ilości zmian, chciałabym choć raz móc przewidzieć, co będzie następnego dnia.
– Ale jednak u was jest inaczej jakoś. Hm... Ja chyba boję się, że jak coś mi się wyrwie, jakieś słowo swobodne spod serca skapnie, to wy, nieprzyzwyczajeni do świata sprzedaży, popadacie jak muchy.
– No, od mnie też można się pewnych rzeczy nauczyć, na przykład, jak obcować z klnącymi jak szewc majstrami – powiedziała lekko dotknięta szefowa produkcji.
Zrobiło się nieprzyjemnie. Wyglądało na to, że więcej osób zaczęło zastanawiać się, co może im się "wypsnąć". Aby przerwać kłopotliwe milczenie, trenerka zaproponowała ćwiczenie w parach pt: "Mój sukces w rozwiązaniu sytuacji trudnej w zarządzaniu ludźmi". Jednak jego początek przyniósł nowe trudności.
– Sukces, to brzmi tak amerykańsko – stwierdził zachowujący rezerwę siwy pan – My jesteśmy inną kulturą, mniej się chwalimy. Może raczej porozmawiajmy o trudnościach... To byłoby prostsze.
Rozmowa w parach nie przyniosła ulgi, w każdym razie nie wszystkim. Niektórzy skupili się na słuchaniu i mówieniu o sukcesach. Jednak wiele osób zaczęło rozprawiać o różnych przytłaczających ich sytuacjach "bez wyjścia", a ich rozmówcy dziarsko atakowali ich złotymi radami. Wreszcie nadszedł koniec tego festiwalu, a ofiary ataku pomocnej ręki odetchnęły.
– Jak pracowało Wam się w parach? – zapytała prowadząca.
– Dobrze... to znaczy normalnie.
– No, te rady były trochę z innych realiów. W zasadzie do mnie nie pasowały. Ale nie powiem, koleżanka... no, na pewno ma dużą wiedzę – dorzuca szybko.
W końcu siwy uczestnik mówi:
– Moim zdaniem nie znamy się dość dobrze, więc może boimy się, że ktoś komuś nadepnie na odcisk, powie coś niestosownego. I potem będzie trudno. Nie jestem psychologiem, nie wiem, co tu wolno mówić.
– A ja jestem psychologiem i boję się, że zacznę psychologizować – powiedziała pani spod tablicy, przedstawiająca się jako szefowa HR.
– To dotyczy też mnie – przyznała znienacka prowadząca – Cały czas boję się, żebyście nie pomyśleli, że to spotkanie jest "niebiznesowe", że wychodzi nam z niego jakaś terapia.
– Narozrabiałam – powiedziała wreszcie młoda wilczyca z (umiarkowaną) skruchą. – Czuję, że znowu się wychyliłam i popsułam atmosferę. Już dwa razy straciłam przez to pracę. Cholera, jak być sobą, a przy tym nie nadeptywać ciągle komuś na odcisk. Mnie jest wszędzie za dużo. Ale z drugiej strony, kiedy trochę odpuszczam, kiedy nie pcham tego wózka do przodu, bo nie mam siły, to nie ma nikogo, kto by mi pomógł. Mój mąż powiedział mi kiedyś, gdy byłam załamana: "No cóż, chyba sobie poradzisz, kochanie?" I poszedł. Od tej pory raczej się nie ujawniam z problemami.
– Co ty mówisz?! A ja Ci tak zazdroszczę tej energii, spontaniczności, bezpośredniości. Ja, z kolei, jeśli nie znam ludzi i panujących reguł, prawie się nie odzywam. Nie wiem, co powiedzieć, aby nie chlapnąć czegoś niestosownego. I zamiast słuchać, w głowie snuję scenariusze ewentualnych wpadek.
– A więc w sumie niewiele nas różni. Ty nie mówisz, co cię boli, i ja też nie. Ty nie słuchasz, i ja też nie. Ty chcesz to zmienić, i ja też. Może to i dobrze, łatwiej się zrozumiemy – skonstatowała wilczyca z dość przewrotnym uśmiechem.

Szukanie podobieństw okazało się nośnym kierunkiem. Uczestnicy coraz więcej uwagi poświęcali sobie nawzajem, rosła empatia. Okazało się, że w tej grupie możliwa jest wolność, bezpieczeństwo i poczucie więzi. A różnorodność? To zabawne, ale dopiero teraz widać ją było z całą wyrazistością.
– Chciałbym, aby moi ludzie też nauczyli się tak rozmawiać. To byłoby dla mnie ważnym zadaniem jako menedżera. Połowa problemów by odpadła – powiedział jeden z uczestników w podsumowaniu szkolenia.

Kiedy widzimy to, co nas łączy, kiedy zauważamy nasze podobieństwo, tracą na znaczeniu wymyślone i prawdziwe bariery pomiędzy ludźmi. Wówczas maleje lęk przed byciem nieadekwatnym, przed byciem negatywnie ocenionym, przed byciem wykluczonym. Mało istotna staje się nawet potrzeba autoprezentacji, bo wreszcie można naprawdę ujawnić swoją siłę. Kończy się japońska izolacja. Zatem, jak poradzić sobie z FOMO? Zobaczyć, że mamy je prawie wszyscy. Moim zdaniem praca nad tym to ważne, wręcz kluczowe zadanie dla lidera i trenera.

niedziela, 16 lutego 2014

Dwunasty cud. Zobaczyć i docenić to, co jest.


Sala była przestronna i wygodna, co, przyznam, zaczyna mieć dla mnie znaczenie. Wielkie okna wychodziły na rżysko, ale widziałam horyzont i klucz gęsi na niebie (luty!).Ale może to były zurawie? Wygodne fotele, dyskretna elegancja, to lubię. 
Trener pomagał zarządowi ustalić strategię firmy. Pierwszego dnia odbyły się podsumowania dotychczasowych rezultatów. Każdy szef prezentował wyniki swojego pionu, po czym następowała sesja wniosków. Co można poprawić w marketingu? Co można poprawić w sprzedaży? Co w logistyce?… Uff. Czym dalej, tym duszna, pełna napięcia atmosfera gęstniała. Zmęczenie działało i wzmagało krytycyzm odbiorców. Najgorzej wyszła na tym pani z HR, bo była ostatnia. Okazało się, że w dziedzinie zarządzania kulturą organizacji oraz "gospodarowania zasobami ludzkim" zmienić trzeba wszystko.
– No to świetnie – powiedziała ironicznie szefowa – ale już od jutra, czy będę miała kilka dni na zastanowienie się?
Trener przypomniał, że następnego dnia będą planować strategię firmową, więc może dzięki temu coś się wyjaśni. Jednak była to czcza obietnica. Od rana sprawy szły jak po grudzie. Zgodnie z niepisanymi regułami warsztatów strategicznych, najpierw wypełniano matrycę SWOT. Mocne strony: hm, pozycja rynkowa, doświadczenie. Słabe strony: długa lista w zasadzie nie do streszczenia. Szanse - takie jak zwykle. Zagrożenia - takie jak powiedziano wczoraj. Potem w minorowych humorach wzięto się za wizję. Uczestnicy mieli uzgodnić: Czego by chcieli? W którą stronę ma dalej iść firma? Jaką ma być ich organizacją? No cóż… Inną? Lepszą? Większą? Dynamiczniejszą? Spontaniczne słowa ubierane w okrągłe stwierdzenia „więdły w locie”. Flip-chart był zapełniany wnioskami, ale wszyscy widzieli, że rośnie perfekcyjne, korporacyjne NIC. Wreszcie trener przytomnie zauważył:
– Może trudno Wam przejść do wizji, bo wczoraj zanegowaliście wiele ze swoich dotychczasowych osiągnięć? Może nie macie na czym budować dalszych działań?
Pani z HR gwałtownie przytaknęła.
– Tak, ja się wczoraj kompletnie zagubiłam. Wcześniej wydawało mi się, że wiem, co powinniśmy dalej robić, a teraz nie wiem już nic. Podobne odczucia miał marketingowiec i logistyk… i szef sprzedaży... tylko prezes się zdziwił, nawet nie oburzył, tylko zdziwił właśnie.
 – Nie możecie być tak wrażliwi na krytykę. Jesteście od tego, aby likwidować błędy – powiedział skonfundowany. – A jednak – zastanowił się po chwili – czy nie wylewamy przy tym dziecka z kąpielą?  
Szefowa HR powiedziała wówczas:
– Tak, już wiem, co musimy zmienić w naszej kulturze organizacyjnej – przede wszystkim to ciągłe „killowanie” własnych osiągnięć!

Atmosfera ocieplała sie jak w szklarni. W końcu prowadzący zaproponował, aby powiedzieli sobie nawzajem, z czego są dumni i co zdecydowanie chcieliby zachować w kolejnych latach. I poszło… Worek z marzeniami i wizjami nagle otworzył się. Powinniśmy rozwinąć to i to, powinniśmy zwrócić uwagę na pogłębienie tego i tego, będziemy dążyć do tego i tego… Dobra, konstruktywna rozmowa. Prezes był zaskoczony i powiedział:
– Nie wiedziałem, że potrafimy tak współpracować. Boję się jednak, że stracicie z pola widzenia fakt, że nie wszystko jest sielanką, uśpicie swoją czujność. Jednak z drugiej strony – zastanowił się – jeszcze w tej firmie nie słyszałem tylu sensownych planów na raz.

Kiedy wszystko zburzymy, zanegujemy, zostajemy w pustce. Bezradność. Nie ma się od czego odbić, nie wiadomo, do czego można mieć zaufanie. W 1970 roku Arnold Beisser, terapeuta Gestalt, sformułował paradoksalną teorię zmiany. Sprowadza się ona do stwierdzenia, że abyśmy mogli dokonać zmian, najpierw musimy zaakceptować rzeczywistość, a przede wszystkim siebie samego. Rozwój nie następuje wtedy, gdy próbujemy być inni, niż jesteśmy, lecz w momencie, gdy uświadomimy sobie, jacy jesteśmy i wreszcie pogodzimy się z tym. Dążąc do ideału, tracimy korzenie, dostęp do soków żywotnych, stajemy się duchami zawieszonymi między ziemią i niebem. A tymczasem wady, którym odebralismy prawo istnienia, rosną i stają się coraz silniejsze.




Dużo jeżdżę po Polsce, która zdumiewa mnie coraz bardziej. Prawie każde miasto, które odwiedzam, a jest ich niemało, ma w sobie niespodziankę. Jesteśmy krajem – tajemnicą, krajem – sekretną skrzyneczką. Pod błotem kłótni, hałasów, idiotycznych pretensji, kryją się cuda. Pierwszym cudem są drogi – po Polsce jeździ się już naprawdę nieźle. Drugim – odnowione centra miast. Trzecim – fantastyczne zabytki. Czwartym – nadal dzika przyroda. Piątym – zdeterminowani i inteligentni ludzie. Szóstym – żywa kultura, sztuka alternatywna, jej świeżość, odwaga. Siódmym – aktywność w nowym świecie czyli w nowych mediach. Ósmym – to, że nieźle radzimy sobie gospodarczo. Dziewiątym – ilość organizacji pozarządowych i spontanicznej aktywności społecznej. Dziesiątym – głębia relacji, która dla Polaków jest normalna, a dla obcokrajowców niezwykła. Jedenastym – nasza pracowitość i kreatywność. Jednak niewiele osób zachwyca sie tym. Głośno robią to na ogół ekscentrycy i aktualnie rządzący politycy. Cicho – wiele innych osób, które mają dar obserwacji, ale nie mają niczego „na żer” mediów lub gniewnych narzekań zastepujących faktyczną rozmowę. Nie będziemy w stanie iść dalej, jeśli nie zaczniemy doceniać tego, co już zrobiliśmy. Potrzebujemy dwunastego cudu: samoakceptacji i samoświadomości. Może powinniśmy podjąć wysiłek zobaczenia tego, na czym możemy się oprzeć, co jest naszą siłą znajdującą odbicie w rzeczywistych zaletach i osiągnięciach. To wielkie wyzwanie dla wszystkich, ale przede wszystkim dla trenerów, coachów i liderów. Zacznijmy, koledzy, od siebie. Diament można szlifować tylko diamentem.





wtorek, 4 lutego 2014

Jak Gombrowicz uczył asertywności....



Mój syn przygotowuje się do matury. W związku z powyższym zmuszony jest przeczytać szereg lektur, które dotychczas skutecznie ignorował. Jednak zaliczenie Ferdydurke do lektur wkurzyło go, a nawet uznał to za perwersję.
- Gombrowicz to nie jakiś Słowacki, żeby go tymi pytaniami maturalnymi maltretować! To jest nawet książka super, więc teraz nie wiem, czy czytać ją z ciekawością, czy nie!
Posłuchaj, mówi mój syn, zarykując się przy tym:

"Hm... Hm... A zatem, dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlaczego płaczemy z poetą czytając ten cudny, harfowy poemat "W Szwajcarii"? Dlaczego, gdy słuchamy heroicznych, spiżowych strof "Króla Ducha" wzbiera w nas poryw? I dlaczego nie możemy oderwać się od cudów i czarów "Balladyny"... Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Wielkim poetą! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego kochamy? Bo był wielkim poetą. Wielkim poetą był! Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze do głowy (...)."
Witold Gombrowicz, Ferdydurke

Tak, pomyślałam jako współczująca matka. Jeszcze tylko 4 miesiące do matury... potem.... cztery lata studiów, a potem...wolność od narzucania, co czytać, co myśleć o przeczytanych książkach i jak to wyrażać, wreszcie będzie mógł  uczyć się po swojemu...? Czyżby? A Józio, bohater Ferdydurke, gość już trzydziestoletni, śni nadal czasami, że na powrót wylądował w gimnazjum.

"We wtorek miałem sen... Zbudziłem się nad ranem, gdy było jeszcze ciemno. Wydawało mi się, że ciało moje nie jest jednolite, że niektóre części ciała są jeszcze chłopięce (...) taki, jak jestem dzisiaj, po trzydziestce, przedrzeźniam i wyśmiewam sobą chłystka, jakim byłem, a on znowu przedrzeźnia mnie (...) No Józiu chodź, pójdziemy do szkoły. Do szkoły dyrektora Piórkowskiego. Pierwszorzędny zakład naukowy. Są jeszcze wolne miejsca w 6 klasie. Edukacja twoja - zaniedbana i trzeba przede wszystkim uzupełnić braki." jw.

Gdy czasami prowadzę superwizję, to, niestety, co przyznaję ze wstydem, zdarza mi się z lekka odlecieć, czyli oddać zamyśleniu. Oto półsen Doroty Jakubowskiej:

Siedzę na sali szkoleniowej. Niby cień wciśnięta za tablicę, widzę stoły ustawione w podkowę, rzutnik na honorowym miejscu, wszyscy siedzą przyciśnięci do ścian, trenerka góruje. Uczestnicy analizują metody sprytnego podejścia "trudnego klienta", żeby choć trochę ułatwić sobie szybkie zamknięcie transakcji. Robią to bez zbytniego zapału, bo już byli na takim warsztacie i podejrzewają, że te wszystkie sposoby sprawdzają się tylko czasami. Lepiej "wychodzą" prawdopodobnie wtedy, gdy klient nie wie, że jest trudny, a myśli w swej naiwności, że jest bezradny, ogłupiały, wystraszony. Ale uczestnicy, choć wyraźnie zdystansowani do swej pracy intelektualnej, to jednak pragną zadowolić uroczą trenerkę, która naprawdę przejawia życzliwość i nie ma powodu robić jej przykrości. Tylko jeden marudny gość cały czas dowodzi, że wymieniane sztuki i sztuczki działają rzadko, a w jego przypadku - zgoła nigdy. Psuje tym atmosferę i wkurza trenerkę. Propaguje jednocześnie swoją dość infantylną metodę "Zignorować, robić swoje". Nie zostaje ona jednak zapisana na flip-charcie, ze względu na swą niedojrzałość właśnie. W końcu trenerka stawia wszystko na jednego konia, zdecydowanie wskazując na stworzoną wspólnymi siłami listę:
- Wierz mi, to działa!
Chyba nie uwierzył, ale się uspokoił. Czyli wyjął komórkę i oddał się graniu w kuleczki. Trenerka zastosowała prawdopodobnie metodę numer trzy z listy brzmiącą: "Podkreślić własny autorytet, zapewnić o jakości usługi". Potem wszystko poszło gładko, a młody wątpiący podobno dostał w przerwie telefon, że jest wzywany do pracy, więc odmeldował się, prosząc jednakże o uprzednie przydzielenie dyplomu. Otrzymał.

Druga część warsztatu dotyczyła asertywności. I tu zaczęły się problemy z subordynacją. Krucha równowaga, rodzaj umowy społecznej, polegającej na bezstresowym odbyciu szkolenia przez uczestników z jednej strony, a otrzymaniu przez trenerkę pozytywnych opinii od uczestników na skali ich zadowolenia, z drugiej, została znienacka zagrożona. Asertywna odmowa, zdaniem wielu uczestników "nie przejdzie", bo jest niegrzeczna i zimna w swej wymowie i jest gorsza niż zwykłe burkniecie nawet.
- A po co robić sobie wrogów?- pytają. - Nie lepiej jakoś delikatniej się wykręcić?
Jednak trenerka wykazuje konsekwencję.
- Umówiliśmy się na ćwiczenie asertywności - stwierdza.
- O nie! - mówi jedna z uczestniczek w nagłym przypływie asertywności. - Ja się na to nie umawiałam. Ja przyszłam się dowiedzieć, co mam z nerwami zrobić, gdy mnie klient wkurzy, a szefowa patrzy. Tak było ostatnio. Nawet nie wiem, czy to czasem nie był jakiś cholerny mystery client, czyli podstawiony prowokator, bo jakoś wyjątkowo ostro sobie ze mną poczynał. Cała się spociłam jak mysz przy tej rozmowie, więc szefowa wysłała mnie na szkolenie, abym wzmocniła pewność siebie. Ale taka asertywność to nie dla mnie, nie jest polska, tylko jakaś amerykańska.
Trenerka zasępia się i pyta pozostałych uczestników:
- Co byście wobec tego zrobili, aby się zabezpieczyć przed niepożądanymi emocjami?
Po dłuższej dyskusji konkluzja jest następująca: spróbować asertywnie, ale jeśli klient nie zrozumie, że to asertywność, czyli metoda na wskroś słuszna, to wówczas należy jego zachowania zignorować.
- Aha - podsumowała trenerka - czyli stanowcze i grzeczne postawienie granic, najlepiej procedurą czterech kroków, tak?
- No, - mówi uparta przeciwniczka stawiania granic zbyt radykalnie - ale po niektórych na pierwszy rzut oka wiadomo, że to nie podziała, więc wtedy lepiej od razu oszczędzać nerwy, czyli starać się nie słuchać.
- W zasadzie po większości to widać - dodaje inna. Sytuacja staje się męcząca. Ratuje ją trenerka, asertywnie ignorując dalszą dyskusję i zapowiadając przejście do nowego tematu. Przerwa.






Budzę się z półsnu. Jestem na superwizji. Szkolenie prowadzi bardzo doświadczony trener. Czy jednak, zaangażowany w realizację scenariusza, widzi on związek między tym, o czym mówi, a tym, czego uczy? Czy zachowuje tę spójność Tu i Teraz? Czy uczy się od uczestników, chcąc ich zrozumieć, czy też próbuje nad nimi dominować? Czy potrafi stworzyć szansę na wnikliwą i otwartą rozmowę dorosłych ludzi? Czy ufa zawodowemu i życiowemu doświadczeniu uczestników? Jak sądzi, co może stanowić dla nich punkt wyjścia do prawdziwego otworzenia się na nowe? Nie wiem. Nie wiem też, czy będziemy o tym w trakcie rozmowy superwizyjnej w ogóle rozmawiać, bo może całkiem inne kwestie zaprzątają mu aktualnie głowę. Czy zatem ja sama zaangażuję się w to, co on faktycznie przeżywa, a nie w to, o czym śniłam w półśnie?




poniedziałek, 13 stycznia 2014

Smok, jaki jest…



Chciałam się pożalić, aby uzasadnić tytuł bloga. Tak więc - będą lamenty, bo poniosłam stratę. Moja krzywda polega na tym, że na skutek przeprowadzenia ostatniej superwizji na warsztacie prowadzonym metodą Horse Dream, pewne powiedzonko gruntownie mi się zdezaktualizowało. Konkretnie chodzi mi o błyskotliwą kwestię: "Koń, jaki jest każdy widzi."

Rzecz miała miejsce na warsztacie w pewnej stadninie. Było to szkolenie z udziałem koni pełniącymi rolę trenerów, jak zaanonsowała trenerka. Już to oświadczenie powinnam potraktować jako sygnał ostrzegawczy. Ale ja, zamiast wykręcić się alergicznym katarem, który mnie dopadł, brnęłam dalej…Generalnie, o ile się zorientowałam, chodzi o to, aby uczestnicy próbowali nawiązywać kontakt z koniem lub końmi i tym sposobem uczyli się o sobie. Koń zachowuje się przy tym jak czuły (w każdym tego słowa znaczeniu) rezonator. Reaguje na człowieka zgodnie ze swą końską, wrażliwą oraz czujną naturą. Żadnego ujeżdżania, żadnych sztuczek. Rzecz odbywa się na świeżym powietrzu, dwa stopnie, siąpi, a tu - goła prawda.

Wracając do powiedzonka. Należy ono do klasyki i stanowi komentarz Benedykta Chmielowskiego do hasła koń. Zostało opublikowane  w pierwszej polskiej encyklopedii Nowe Ateny w rozdziale O zwierzętach. Czy wszystkie zwierzęta były w korabiu Noego? Trzeba tu dodać, że inne zwierzęta opisane są znacznie bardziej wnikliwie…

Zatem, w dawnych czasach poprzedzających końską superwizję, gdy którykolwiek z adeptów sztuki trenerskiej pytał mnie, co ma myśleć o zjawiskach zachodzących w grupie pomiędzy ludźmi, odpowiadałam czasami wyżej cytowanymi słowami ks. Chmielowskiego. Liczyłam przy tym na wyostrzenie daru obserwacji mojego podopiecznego, bo przecież „wszystko jest oczywiste”. Tym jednak razem trafiła kosa na kamień. Scena, która obserwowałam na maneżu, przynajmniej jak na moje nieprzyzwyczajone oko, wyglądała tajemniczo.

Uczestniczka szkolenia stoi na środku placu, a koń w rogu. Trenerka, pozostali uczestnicy i ja przyglądamy się im zza ogrodzenia. Koń odwraca łeb w kierunku stajni. Uczestniczka podchodzi do niego. Koń nic. Reszta obserwatorów też nic…. Ktoś pisze coś w notatniku. Ciekawość mnie bierze: Co może być do zauważenia, kiedy króluje nic?! Uczestniczka głaszcze pozornie nie reagującego konia. Potem bierze linkę, podpina pod uprząż. Linka zwisa luźno, a napięcie rośnie. Ani kroku. W powietrzu trzepoczą prawie że słyszalne pytania typu: „Co się między nimi dzieje? Czy to, co się dzieje, jest tym, czego ona chce?”. Nie rozumiem ich relacji. Nie wiem, czy  zwierzę patrzy na stajnię, czy też zerka tyłem na uczestniczkę, jest zadowolony czy zaniepokojony? A ona, do czego dąży: próbuje go wziąć na spacer, a może raczej chce dać się gdzieś zaprowadzić? Potem ona odpina linkę, schodzi z maneżu i mówi: - Niesamowite!  - Uff. Co jest niesamowite?!

Niektórzy szybko wyrabiają sobie zdanie i uspokajają się, ale nie wiem, czy ich ta wiedza uszczęśliwia. Raczej smutnieją chyba. Z resztą, czy ja wiem… Zaczynam wątpić w swoje oceny. Tak na marginesie, podobno ci, co znają się koniach, mają na tych warsztatach jeszcze trudniej. Aby przeżyć ten rodzaj „niewinnego”, pozbawionego założeń kontaktu z nieznanym, muszą „zapomnieć” to, co wiedzą o tych wspaniałych zwierzętach. Współczuję. Ja przynajmniej naprawdę nie wiem.

Kolejni uczestnicy wchodzą i schodzą z placu, zmieniają się konie, a ja dalej patrzę... Zaczynam godzić się z tym, że nie potrafię nadać tym scenom znaczenia. Skutek jest zaskakujący: przestaję wiedzieć, czego chcę. Uświadamiam sobie, że kiedy nie wiem, jak zinterpretować to, co się dzieje, nie wiem również, czy to jest to, czego pragnę. Ha! A jak zinterpretować to, czego pragnę?





Ten koń taki piękny, mocny, a przy tym delikatny… Patrzysz i myślisz tylko ”Chcę być dla Ciebie kimś wyjątkowym”. Tylko po czym poznam, że jestem tym wybrańcem? W filmie hollywoodzkim koń otarłby się o ramię człowieka i podążył krok w krok za nim, lekko kołysząc głową. Ale w rzeczywistości? Dylemat to raczej między-ludzki, a nie jedynie końsko-ludzki. Kontakt z koniem jedynie mocniej go uświadamia. Tak często przecież sprawdzamy, szukamy znaków, które rozwieją podstawowe wątpliwości: Lubisz mnie? Kochasz mnie? Akceptujesz mnie? Tolerujesz mnie? Będziesz mnie słuchał? Będziesz posłuszny? Interpretujemy po swojemu wszelkie sygnały, prowokujemy nawet, aby dostać jednoznaczną odpowiedź. Tak czy nie? No, tak, czy nie? Zdecyduj się: tak...?

Gdy wchodzimy w coś nowego, związek lub pracę, zdarzają się nam krótkie chwile rozkosznego, bo akceptowanego wewnętrznie braku jasności. Zazwyczaj jednak szukamy znaczeń jak hipopotam wody. Tak bardzo potrzebujemy zrozumieć. Zinterpretować, odnieść do swoich potrzeb. Do wyobrażeń o potrzebach, do potrzeby posiadania potrzeb nawet… Z czasem, wraz z nabywaniem doświadczenia, gromadzimy mnóstwo takich interpretacji. Gdy potrzeba, zawsze jakieś wytłumaczenie rzeczywistości się znajdzie, wygrzebane spośród tych, jakie mamy w bibliotece pamięci. Coś mniej więcej będzie pasować. A jeśli nadal nie będziemy przekonani, upewnieni, to zwrócimy się do eksperta od koni, miłości lub mowy ciała. Pewność. Tylko jakoś smutno, jakoś zimno się od tego robi…

Osobiście uważam, że czasami przeżywanie niezrozumienia odmładza. Polecam warsztat z końmi jako SPA dla duszy. Jak dobrze czasami nic nie rozumieć, nawet siebie… Może dzięki temu odzyskujemy zaufanie do własnej empatii, do serdeczności? Wraz z nimi przyjść może doświadczenie, że jestem w świecie, choć nie zawsze towarzyszy temu orientacja kim jestem dla świata, lub, jak świat mnie traktuje. Czy możemy się chwilowo bez tych odpowiedzi obejść? Nie zajmować się nimi, ale jednak być w kontakcie, uczestniczyć w tym, co się dzieje? Łatwo nie jest, ale, jak stwierdził rzeczowo Benedykt Chmielowski, opisując wszelkie płazy: Smoka zwalczyć trudno, ale starać się trzeba…

P.S. Nie mogę się powstrzymać, powiem to jeszcze: co Benedykt (Chmielowski, oczywiście) zabrał, to Benedykt wynagrodził. Ze znaczeniami chyba jest coś podobnego.

Przy okazji polecam książkę Agaty Wiatrowskiej i Ilony Popławskiej Menedżer uczy się od koni wydaną w zeszłym roku przez wydawnictwo Difin. Bardzo ciekawa. Wiele osobistych doświadczeń i możliwych sposobów rozumienia niewiadomego. Agata jest główną w Polsce nauczycielką metody Horse Assisted Education i bardzo empatyczną osobą.


sobota, 4 stycznia 2014

Uwaga! Będzie o uwadze.

Dzieciak moich znajomych, późny owoc życia skupionego na tzw. karierze, jest fantastyczny. Wesoły i ciekawski. Siedział sobie na podłodze i wtykał klocki różnych kształtów w stosowne otwory. Mama przerwała konwersację z nami i zawołała:
– O, umieszczasz walec w okrągłej dziurce! –  Młody ją zignorował, więc mama kucnęła obok i powtórzyła kwestię. Dziecko, niezrażone, trochę tylko się spięło, po czym kontynuowało akcję wtykania, tym razem bez powodzenia. – Nie tak, mówi mama. To ma rogi, więc to jest kubik. Otworek też musi mieć rogi. Który otworek ma rogi? – pyta spokojnie. Młody zaczął przejawiać zniecierpliwienie. Odwrócił się tak, aby nas nie widzieć. Podjął dzieło dopasowywania, ale mama powiedziała – Zobacz, musisz mieć na to metodę. Jak są rogi w klocku, to będą pasować te otwory kanciaste. Rozumiesz? – Hm.. nie rozumiał. Próbował ewakuować się ze swoja układanką w inny kąt, ale mama podążała. W końcu dziecko porzuciło zabawkę, a mama na to – Nie zniechęcaj się tak łatwo. Najważniejsze, to nie zniechęcać się!
Oczyma duszy widziałam obraz uciekającego w dal malucha i biegnącej za nim matki wołającej – Kiedy biegniesz, to najważniejsze jest, aby stawiać stopy na zewnątrz, nie do środka. I wyprowadzać ruch z bioder! Aaa.. i nie zaczepiać obcych psów!

W życiu, szkole i w pracy ścierają się nieustannie dwa paradygmaty rozwoju, dwa podejścia do edukacji. Najlepiej widać to na przykładzie nauki języka: jest dla ucznia czymś naturalnym, albo sztucznym. Jeśli myślimy w nim, używamy go spontanicznie, nie zastanawiając się nad gramatyką, to jest naturalny (oczywiście gramatyka przydaje się potem, gdy chcemy szlifować styl). Jeśli, zanim coś sformułujemy, myślimy coś w tym rodzaju:
– Jakby to powiedzieć, żeby było i trafnie i poprawnie? Czy to będzie właściwy czas? – to traktujemy język jako sztuczny. Japończycy podobno uczą się angielskiego całymi latami, ale nie mówią w tym języku, choć znają gramatykę i słówka. Tak bardzo boją się popełniania błędów, że nie odezwą się, dopóki nie będą pewni, że są perfekcyjnie nauczeni języka. Dlatego popyt na nauczycieli angielskiego rośnie w Japonii zawrotnym tempie.

Zatem pierwszy paradygmat: ludzie uczą się na skutek przejścia wypróbowanej przez innych drogi, prowadzeni krok po kroku do właściwych konkluzji. Cel edukacji wyznacza nauczyciel, on też podaje miary sukcesu np. stopnie. On też kontroluje, czy uczeń koncentruje się na tym, co trzeba, czy „nie włazi w szkodę”, oddając się dygresjom lub interesując się kimkolwiek poza nauczycielem. 

Drugie podejście: ludzie uczą się próbując i eksperymentując. Muszą przy tym sami znaleźć swoją drogę rozwoju. Wszystko, co robią, wywołuje jakiś efekt i - jeśli zwracają na niego uwagę, to staje się on informacją o sukcesie lub porażce.  Dobrze jest, jeśli mają przy tym wsparcie nauczyciela. W czym? Aby, jak mówi mój Jac, człowiek mógł uczyć się sam, ale nie samotnie… Nauczyciel towarzyszy, pomaga w samookreśleniu się przez ucznia i w akceptacji rzeczywistości. Jak pomaga? Poświęca mu uwagę i daje mu swą wiedzę, gdy uczeń sygnalizuje, że jej potrzebuje.

Sądzę, że na ogół uczymy się ta drugą drogą, w naturalny sposób podejmując różne wysiłki związane z osiągnięciem czegoś nowego lub wyrobieniem sobie nawyku. Jednak nie zdajemy sobie z tego sprawy ani nie doceniamy tego procesu. Z pewnością taki proces dotyczy  wszelkich umiejętności psychospołecznych. W ten sposób zaczynamy rozumieć, jak być z ludźmi, jak wyrażać siebie,jak zrozumieć własną i cudzą kulturę. Po prostu robimy coś w stosunku do kogoś, a potem patrzymy, co z tego wynikło. Jednak nie zwracamy na to permanentne uczenie się, na ten holistyczny proces rozwoju, dostatecznej uwagi. Co więcej, nie nazywamy go uczeniem się, co najwyżej nabywaniem doświadczeń, z naciskiem na przykre konsekwencje. Zdaje się, że daliśmy sobie wmówić, że nauka ma miejsce tylko w określonych, rytualnych sytuacjach. Ławki, indeksy, te rzeczy, zaś „prawdziwa” nauka jest wtedy, gdy zewnętrzny autorytet  nam powie, czego właśnie się uczymy oraz jakiego typu wnioski powinniśmy z tego wyciągnąć. Żyjemy złudzeniem, że nasz rozwój zachodzi wtedy, gdy ktoś pokieruje naszą uwagą. Natomiast reszta edukacji, życiowej nauki, to w zasadzie wypadki przy pracy.
Miałam kiedyś klientkę na coachingu. Była prezesem wielkiej firmy i znakomicie sobie radziła. Ale miała kompleks, który spędzał jej sen z powiek: brak MBA lub innego „porządnego” wykształcenia. - Po co chcesz mieć to wykształcenie? – Bo dręczy mnie myśl, że jest standard, którego nie realizuję, bo go nie znam. Że nie zwracam uwagi na to, na co powinnam.



Podejrzewam, że na tym właśnie polega rząd dusz: na sterowaniu uwagą. Masz władzę, kiedy ludzie zwracają uwagą na to, na co Ty chcesz, aby ją zwracali, a na dodatek twierdzą, że nic innego nie ma. Dzieci w szkole siedzą ławka za ławką usadzone tak, aby nie nawiązywać ze sobą nawzajem kontaktu.  Gdy zapytasz uczniów – Co się teraz dzieje w klasie? – odpowiedzą – Pani mówi o wielkim zlodowaceniu. – Czy coś jeszcze? – Nuda – Zauważcie, nie uwzględniają życia społecznego, podrywów, zawodów i nadziei, a nawet smutnej historii o tym, jak wyginęły mamuty, nie ma w polu ich świadomej uwagi szynszyla z Epoki Lodowcowej, o którym jednak cały czas myślą „w tyle głowy”. Nie ma tego, co jest żywe. Wezwanie Uważaj! to hasło ostrzegawcze mówiące: Niebezpieczeństwo, chroń się!  W szkole oznacza  Słuchaj mnie, bo zaraz zostaniesz dwóję lub też Znów zachowałeś się nieodpowiednio, nie uważałeś! Wymuszanie uwagi to potężna broń, bo pozbawia ludzi wiary w to, że wiedzą, co dzieje się dookoła, że to, co widzą, co przeżywają, jest ważne. Ważność, waga i uwaga - czy to przypadkowa zbieżność językowa, czy może  słowa te łączy prawdziwe pokrewieństwo znaczeniowe? Ks. Tichner powiedział, że wartość to jest to, co uznaje się za ważne. Idąc dalej, mogłabym powiedzieć: wartość to jest to, czemu poświęcasz świadomą uwagę. Czy zatem  metodyczne sterowanie czyjąś uwagą w procesie edukacyjnym nie jest po prostu głównym sposobem na indoktrynację, narzucanie wartości?


piątek, 20 grudnia 2013

Wirusy strachu przed oceną

Prowadzę teraz dużo superwizji w całej Polsce, w ramach dużego programu szkoleń dla doświadczonych trenerów. Superwizja uczestnicząca polega na siedzeniu z tyłu sali  szkoleniowej i obserwowaniu trenera prowadzącego. Następnie siadamy razem, aby porozmawiać. O czym? Mamy wzajemnie dzielić się naszymi przeżyciami i spostrzeżeniami dotyczącymi ostatnich dwóch dni na sali szkoleniowej. Powinien być to dialog o wydarzeniu, jakim jest warsztat i o osobie, która go prowadzi. W założeniu to trener superwizowany stawia pytania, rozważa swój stosunek do poprowadzonego warsztatu i do swojej pracy, a superwizor pomaga te wątpliwości wyjaśniać, korzystając z metod coachingowych oraz z własnych spostrzeżeń. Udziela informacji o własnych spostrzeżeniach, wyraża swoje sądy, ale z jednym zastrzeżeniem: czyni to pod kątem kwestii wniesionych przez trenera superwizowanego. Krótko mówiąc, jest to czas dla trenera, wsparcie w jego drodze, która on sam określa. Przedmiotem zaś pracy na superwizji, podobnie jak w coachingu, powinien być kontrakt co do sposobu i treści pracy. Praca na superwizji opierać się powinna na mocnych stronach, zgodnie z tezą, że rozwijanie potencjałów czyni mistrza, a walka z niedociągnięciami kreuje ledwie czeladnika.


Coraz częściej jednak myślę, że do pracy superwizora powinno się przystępować w specjalnej maseczce chroniącej przed wirusami strachu przed oceną. To naprawdę trudne i meczące, a nawet z lekka przygnębiające. Trenerzy i coachowie, którzy powinni być przewodnikami dla ludzi w czasach niepewności, boją się zdaje się bardziej niż inni. Są często najbardziej spektakularnymi przykładami, że proces edukacyjny to dramatyczna walka o przeżycie i zachowanie godności. Niejednokrotnie najważniejszym pytaniem, jakie stawiają sobie, a właściwie superwizorowi, po warsztacie jest:


- No, to jak mnie oceniasz? Jakie błędy popełniłem?
- A ty? – odpowiadam - Jak widzisz to, co się zdarzyło?
- Ja? No… dobrze chyba …
- A co dobrze? – pytam
- No, warsztat.
- A co zdarzyło się na warsztacie Twoim zdaniem? - nie ustępuję
- Nic się nie zdarzyło, mam nadzieję - mówi trener z ulgą

No cóż, ja sądzę, że warsztat jest raczej po to, aby coś się jednak zdarzyło. To ma być wydarzenie, społeczne i rozwojowe. To spotkanie, które ma coś uruchamiać, jakiś proces rozwoju. Ale mój rozmówca nie to, oczywiście, miał na myśli. On mówił, że nie wydarzyła się żadna wpadka, nic poza kontrolą. I to jest właśnie problem. Jeśli bowiem myślisz cały czas, jak zabezpieczyć się przed wpadką, to postępujesz zgodnie z anegdotą o wielkim psychoterapeucie, Paulu Watzlawicku, który doradzał pacjentowi pełnemu lęków, żeby lepiej nie latał samolotem, bo to grozi katastrofą …hm …nawet lepiej, aby nie nie wychodził na ulicę, bo to grozi, że przejedzie go samochód. W zasadzie, zadumał się Watzlawick, bezpieczniej byłoby też nie chodzić po mieszkaniu, bo przecież można złamać sobie tym sposobem nogę albo poparzyć gorącą wodą. Czyli najlepiej leżeć w łóżku?..No tak, ale to też jest niebezpieczne - grozi przecież odleżynami, ba, to nawet pewne, że się ich dostanie!

Miałam szczęście. Mój nauczyciel powtarzał: „Przygotowanie do pracy z grupą nie polega na tym, aby nauczyć się, jak nie wchodzić w maliny, ale jak z nich wychodzić.” Skorzystałam niejednokrotnie z jego rady. Nie bójcie się chaszczy. Bez kłopotów można osiągnąć tylko to, co już znamy. Jeśli chcecie pomóc ludziom, aby czuli się w tym zmieniającym się świecie bezpiecznie, aby decydowali się na wchodzenie w jakieś nowe dla siebie obszary i działania, to nie starajcie się ochronić ich przed nimi samymi. Uczcie raczej, jak z tą niewiadomą, która jest w środku i na zewnątrz osoby zaprzyjaźnić się. I dawajcie przykład własną osobą. Trener nie może wszystkiego kontrolować, o wszystko dbać i o wszystkich się troszczyć. To nierealne i szkodliwe. Powinien zwracać uwagę na dwie rzeczy najważniejsze: cel szkolenia i jego efekt. I na to, jak on sam najlepiej może przyczynić się do jego osiągania. Przyczynić się, a nie osiągnąć. Nie można kogoś czegoś nauczyć, ale można wesprzeć go w nauce. To samo dotyczy mnie jako superwizora: nie mogę Cię ocenić, jeśli nie wiem, czego chcesz. Ale mogę Cię wesprzeć, jeśli mi to powiesz.